Władysław Kaźmierczak o polskiej krytyce sztuki
ranking kazimierczaka pingwiny jastrzębie listy

Władysław Kaźmierczak ujawnia kulisy rankingu jastrzębi i pingwinów krytyki polskiej. W ognistej polemice z Arturem Tajberem opiewa liczne walory "Rastra".
RASTROWSKA REWOLUCJA

[26.08.2001] Odpowiedź księcia słupskiego na artykuł Artura Tajbera "Praktyka/Reprezentacja"

Tego obawiałem się najbardziej!!!
Że ktoś super inteligentny łatwiutko zdemaskuje autora tekstu i rozpozna na wskroś długo przygotowywaną intrygę. Oraz, że da zdecydowany odpór sztucznej wrzawie wokół mojej osoby i dowali mi jak się patrzy. No i cóż - jak na ironię - dostało mi się od starego kolegi!!! Konsekwencje są takie: misternie przygotowany zamach na polską krytykę drży w posadach.

1. Tak, tekst o krytyce napisał Raster.

Wyglądało to tak: od ponad pół roku Raster przysyłał mi różne wersje tekstu do podpisania. Wiadomo, rankingi odbywają się na przełomie starego i nowego roku - by było mądrze, kulturalnie i nastrojowo. Ja zwlekałem, kręciłem, nie odpowiadałem na meile i telefony. Nie podobał mi się ten chamski napad na krytykę. Obawiałem się konsekwencji. Najchętniej każdemu krytykowi chciałbym prawić komplementy przez całą noc. Prawdę mówiąc, to nawet pogubiłem się w tych ciągle uaktualnianych rankingach. Najbardziej zdezorientowany byłem inicjałami pingwinów. Do tej pory nie wiem, kto to jest ten cholerny J.M.? Jednak największy konflikt skupił się wokół nagród dla jastrzębi: kto ma za to zapłacić? Teraz mogę powiedzieć to otwarcie: Raster nieustannie brał mnie na litość. A to, że nie mają pieniędzy, a to, że są młodzi, że chcieliby zamieszać w środowisku, i że potrzebują figuranta spoza stolicy. I tak długo nudzili, że w końcu zgodziłem się!!! Za najwłaściwszy moment publikacji tekstu uznałem właśnie wakacje, kiedy nikt nie czyta Rastra. Jak widać przeliczyłem się, i to bardzo. A czy ja przejąłem styl od Rastra? Nie, to Raster przejął go od siebie!!!!

2. Odkrywanie Tatr.

Jest to najpiękniejsza metafora w całym tekście. Łza w oku. Wzruszające. Burmistrz Zakopanego zwariuje z radości. Niektórzy nawet twierdzą, że "wszystko już zostało napisane w Biblii." Po co więc jakiś Raster??? Jakieś artykuły? Arturku skoncentruj się: otóż tu chodzi o dyskusję na temat egzystencji polskiej sztuki. O jej ważny komponent - krytykę. O nic więcej!!! Sprawa jest dość specyficzna. I co z tego, że "Ty wiesz lepiej", masz większe doświadczenie i nam lepiej powiesz jak to jest naprawdę. Jak wiesz, to powiedz!!! Nikt Ci nie broni! Zrób ranking oddzielny! Będzie ciekawiej! A co z nami sierotkami? My już nic nie możemy wyartykułować w Twojej obecności? Wszystko robimy źle? Ponad banał nie podskoczymy? Jakże bolesna czeka nas perspektywa!!!??? A teraz poważnie: z Twojej strony spodziewałem się kompletnie innej reakcji! Mam jeszcze pytanie: czy Ty czytasz swoje teksty po ich napisaniu? I co? Wydają Ci się interesujące?

3. Brak metody i precyzji.

Zarzucasz mi "brak metody i precyzji" i wiem, że nie są to Twoje słowa koteczku. Oj nie!!! Słyszałem je tak często, że obaj wiemy, kto je co rusz z lubością wypowiada dorzucając słowo "sensu". Broń Boże: to nie jest zarzut!!!

Nie będę się wypowiadał za Rastra, który (jak w końcu nikczemnie się wydało) jest autorem tekstu. Ale zgadzam się z Tobą: ni metody, ni precyzji, ni sensu (świadomie dorzucam "sensu" jako logiczne przypuszczenie). Tylko mam pytanie: czy Tobie nie pomylił się czasem posągowy POKAZ z Rastrem? Mówiąc poważnie: tych metod jest kilkanaście, krzyżują się ze sobą, tworzą piękną sieć, natomiast co do precyzji, to z założenia jest ona chwiejna. Jeśli obok garstki błyskotliwej krytyki mamy do czynienia z oceanem krytyki nijakiej, leniwej, skorumpowanej i brzydkiej, to jak mamy myśleć precyzyjnie???!!!! A indolencja władzy? A bełkot artystów? To wszystko jest bez sensu!!! Odsyłam do wypowiedzi Maszy Potockiej - jastrzębicy z misją, która właściwie rozumie temat, tekst i drażniące punkty.

4. Język od Rastra.

Poeta Michał Kaczyński (najwyższe IQ w Polsce) dzielnie stojący na straży czystości języka za każdym razem pisał do mnie: ufff, woow, gratuluję stylu, tekstu itp. A Tobie się nic nie podoba. Za co ta niesprawiedliwość??? Jakiś dziwny paradoks!!!! Chwalisz świeże powietrze w Rastrze i wiesz dobrze, że tych przeciągów nie można zrobić relatywistycznym i pseudonaukowym przynudzaniem. Min. dzięki takiemu językowi wpadliśmy w tę wielką dziurę. Oczywiście masz prawo trzymać się swojego płotu. Wiesz o tym dobrze a mimo to zdecydowałeś się tak brzydko zaatakować starego kolegę. Oj, nie ładnie!!! To moja wina, że Raster (na szczęście) też tak pisze??? Ale i to rozumiem, bo wiem, że Cię drażni moja chwilowa popularność i postanowiłeś zagrać va banc - tak jak Warpechowski twierdzeniem, że go w 1985 do grobu wpędziłem - krzycząc: Kaźmierczak ukradł język Rastrowi!!! "Nieco mnie kompromitując" na coś chyba w końcu liczyłeś? Polonistą przecież nie jesteś! I Twoje "dogłębne" uwagi raczej Miodkiem nie pachną. Z zasady unikasz przykładów i nie można nawet przyznać Ci racji w jakiś szczegółach.

Z drugiej strony, z całą pewnością liczysz na to, że Raster, który wpuścił nieco świeżego powietrza, w swym szaleństwie niejeden reportaż jeszcze Ci połknie, a zatem rzuciłeś się do podrywania "kolegów" z Warszawy. Ale i nawrzucałeś im odrobinę kamyczków do ogródka (dla zachowania symetrii), dbając czujnie o to, by nie spalić mostów w Krakowie (wiadomo: kto podlizuje się Warszawie osuwa się w niebyt w Krakowie). Słowem: Tajber, lekko chwali powietrze Rastra, udaje polonistę i Einsteina polskiej teorii sztuki, przywala Althamerowi i Liberze, zgadza się ze mną, dodając, że zgadza się z banałami, no, ale ten skradziony styl, język, eufemizmy, Kaźmierczak tego nie napisał, itd. Kuczu z amczu!!! Za dużo spraw bierzesz sobie na głowę.

5. Słownik Rastra.

Drogi Arturze!!!! W Rastrze nie chodzi o styl i język, ale o słownik. Tam jest pies pogrzebany. Język i styl w Rastrze jest bardzo indywidualny. Natomiast, owszem: używam pojęć ze słownika Rastra z dość perwersyjną przyjemnością. Raster na to pozwala, zachęca i nawet wymusza. Mało tego! Z powodzeniem tworzę własne: jastrzębi i pingwinów już nikt mi nie odbierze. Wyrzutów nie mam, bo mi się to cholernie podoba. Wyraźnie mylisz "pojęcia" ze "stylem" i "językiem". Moje rozumowanie jest następujące: Zuj, Zniechęta, Buła, szparzyści, Książę Słupski, zasłużony krakowski działacz offowy - to o Tobie kotku, itd., nie są określeniami, które mają obrażać. One opisują stan faktyczny. Oczywiście, że irytują, drażnią. Po to są. Początki kontaktu z nimi są bolesne. Raster jest rewolucyjny, ponieważ zmienia pojęcia, za nimi sztukę, postawy, idee. Reszta to poezja, kupa śmiechu i wspaniałe forum do dyskusji. W swojej naiwności (jak pisze Wojtek Kozłowski - widzisz jak czuję styl) próbowałem nawet podjąć spór z Rastrem, że niektóre pojęcia są już mało precyzyjne (buły), ale szybko wybiłem sobie zęby. Sam sobie odpowiedziałem: że rzeczywistości nie zmienimy nagle. I nie mam o to pretensji. Tak dla celów poznawczych: spróbuj coś napisać używając pojęć ze słownika Rastra. Poczujesz się lepiej. Nie będziesz musiał udawać mądrzejszego, niż jesteś. Np. być polonistą!!! Bo nagle zobaczysz, że nie można pisać nijako o niczym. Bla, bla, bla szybko wysycha. Czy to jest kwestia generacji? Z pewnością!!! Młodzi mają kłopot z historią ostatnich 35 lat w sztuce a my z odzwyczajaniem się od ściemniania, nadętego nudziarstwa i wyliczania zasług z przeszłości. Nic tylko wymieniać się poglądami. Możemy być wzajemnie użyteczni. A Ty jesteś zbyt cennym facetem, by pozostać na uboczu. Niepotrzebnie dystansujesz się do rastrowskiej rewolucji. Ale i też widzę, że Cię ona perwersyjnie uwodzi. Jest szansa zatem, że w końcu przekroczysz ten mentalny Rubikon. Ale gorąco odradzam tzw. sprytne zabiegi, by Raster używać jako własną tubę propagandową, bo można zrobić sobie krzywdę.

6. Dyskusja w performance art network.

Wszystko obserwuję, czytam i nie zabieram głosu. Jak do tej pory jedynym dorobkiem tej dyskusji są następujące wnioski: że performerzy nie są wolni od gigantycznej hipokryzji, że stosunki performerskie mają już zaawansowany kazirodczy charakter, że na festiwale nie ma pieniędzy (wszystkie źródła wyschły), i że przydałaby się jakaś forma porozumienia, by stworzyć naciski na polityków. We Francji i Niemczech to może zadziałać, ale w Polsce nie widzę takich szans. Ale spotkajmy się i porozmawiajmy, tylko nie w gronie SASI, która zbyt gwałtownie wymachuje sztandarem autokompromitacji. I nie wyłącznie w gronie Fortu, bo musi być jeszcze ktoś z zewnątrz, kto wyciągnie kilka konstruktywnych wniosków. Kto wie? Może starczy determinacji, by zawalczyć o inne traktowanie sztuki żywej?

7. Na temat Libery i Althamera mam zdanie dokładnie odwrotne.

To są świetni artyści. Sprawdziłem osobiście. Są absolutnie genialni i musimy im pomagać a nie kwasić się na nich. Rozszerzajmy atmosferę przychylności na innych artystów!!! Skończmy z tym nieustannym wyścigiem "a la Małysz" w sztuce. Tutaj gratuluję refleksu polskim feministkom! Tak, wyścigi były modne 30 lat temu. !!!Teraz jest to żenujące!!



Czytelnicy "Rastra" komentują ranking Księcia Słupskiego
JASTRZĘBIE I PINGWINY c.d.
ksišże KaŸmierczak"JESTEM PRZERAŻONY BRAKIEM POCZUCIA HUMORU" - KOLEJNE ECHA RANKINGU KAŹMIERCZAKA [13 VIII 2001]
+++***
Głos historyka sztuki ze Słupska; marzącego o tym aby zostać Jastrzębimpingwinem [8.10.2001]
Do Redakcji
I. 1. Przyjemnie się czyta to co Władysław Kaźmierczak o polskiej krytyce napisał.
Dlaczego Władek lubi pewnych krytyków, a innych nie. Odpowiedź wydaje się prosta. Otóż Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej w Słupsku (której Władek szefuje) nie prowadzi działalności wydawniczej i w związku z tym wszelkie recenzje w różnych czasopismach przejęły rolę k a t a l o g ó w . Zatem warto być miłym.
I. 2. Dla Państwa, którzy mogliby przypuszczać, że w Słupsku poza Władkiem nikt nie pisze na temat sztuki (odnośnie dwóch fragmentów w "Rastrze") informuję, że coś w tej dziedzinie porabiam [w załączeniu otrzymaliśmy kilkustronnicową bibliografie - przyp. red.]
Często bywam w Galerii Władka, ale jak dotychczas nie otrzymałem od niego żadnej propozycji napisania czegokolwiek. Przypuszczalnie wynika to z Jego kompleksu Małego miasta. Mnie to nie dziwi, gdyż komunistyczny podział na centrum i prowincję jest silnie ugruntowany.
I. 3. Nie mogłem dostać się na stronę Anonimów z Poznania (?).
I. 4. Uwaga: aktualnie Władek jest ciężko chory (naprawdę) i dlatego nie używam mocniejszych argumentów. Zachęcam Internautów do wysłania Mu życzeń powrotu do zdrowia co i ja czynię.
I. 5. Będę zaglądał na strony Rastra.

Do Władka
II. 1. Władek – każda Twoja działalność na Pomorzu Środkowym jest ważna. Żałuję że w Rankingu Jastrzębi i Pingwinów nie znalazły się nazwiska: Bożeny Kowalskiej, Grzegorza Sztabińskiego, Krzysztofa Jureckiego lub innych.
P. S. 1. Inicjały Pingwinów to za mało. Dzisiaj można pisać używając imion i nazwisk. Proszę o korektę. (W szanującym piśmie nie powinno zabraknąć takich szczegółów). Piszmy otwarcie.
P. S. 2. Przy najbliższym spotkaniu poproszę Cię o definicję performance'u? Nie miej mi za złe, że nie pisze na temat tej dziedziny sztuki. Wiesz o tym, że próbowałem zwerbować do Zamku... dziewczynę z wyobraźnią, która napisała magisterkę na ten temat performance'u, ale ona nie chciała wziąć tej sprawy w swoje ręce.
Lucjan Hanak

+***
Przewodniczaca polskiej sekcji AICA komentuje ranking Kaźmierczaka [12.08.2001]

PINGWIN - FENOMEN PSYCHOLOGICZNY

Chciałam dodać kilka uwag do Rankingu krytyków.

Ucieszył mnie ruch w okolicy "krytyka", bo to problem mocno zaniedbany. W autorskiej pracy Władysława Kaźmierczaka pojawił się w pewnym uproszczeniu, z różnych powodów uzasadnionym. Zgadzam się z większością spostrzeżeń ogólnych i momentami podziwiam ich wnikliwość. Jestem wzruszona opisem mojej osoby i trudno mi się z nim nie zgodzić. Ale w "obróbce" poszczególnych krytyków nastąpiły @inteligentne@ niesprawiedliwości. Dla porządku proponuję podzielenie "pingwinów" na dwie grupy.

Osobniki od numeru 1 do 6 nie mają pojęcia, jak wygląda sztuka i żyją na wolności "niesztuki". Powinny mieć własną grupę i być analizowane od strony fenomenu
psychologicznego, który sprawia, że niektórzy ludzie wierzą w ich możliwości oceniania sztuki.

Postaci od numeru 7 do 10 to krytycy zawodowi. Oni wiedzą jak sztuka wygląda i najczęściej potrafią ją nazwać. Ich problem (oczywiście w każdym wypadku inny) sprowadza się do kompromisu z wymyślonymi oczekiwaniami czytelnika.

Na marginesie. Wiadomo, że wielka miotła nie bawi się w szczegóły, a złośliwość inteligencji lubi być oprawiona w sądy zdecydowane, które nie zawsze liczą się z faktami. Ale może niepotrzebnie niektórych urażono przekłamaniem ich wizerunków.
Maria Anna Potocka

***
Teksty p. Kaźmierczaka są bardzo dobre - pisze Ewa Bieńczycka z Katowic

NIECH WALKA TOCZY SIĘ NA WYŻSZYM PIĘTRZE

Bardzo dziękuję p. Władysławowi Kaźmierczakowi za próbę odpowiedzi na pytanie kto psuje polską sztukę. Nie znam realiów personalnych, ale wiem, że byłoby wielką stratą, gdyby tekst o krytykach przerodził się w listę skarg i zażaleń. Walka o ideę, którą podjął pan Kaźmierczak przeciwko "ściemniaczom i mącicielom" jest słuszna. Niech toczy się na wyższym piętrze. Nieważne, że jest dużo fałszywych artystów i miernot. Ale to, by ktoś, reprezentujący zaledwie poprawność nie był wywyższany do geniuszu. I, żeby-tak jak to robi JDG -idee
naszych nielicznych Europejczyków: Witkacego i Gombrowicza nie były zniekształcane dla potrzeb tego wywyższenia.
Teksty p. Kaźmierczaka są bardzo dobre, napisane literacko, w odróżnieniu od wielu innych tekstów Rastra trafnych myślowo, ale fatalnie napisanych.
Ewa Bieńczycka z Katowic
***
9. jastrząb ujawnia się

ZAWODOWO SZTUKĄ SIĘ NIE ZAJMUJʅ

Szanowni Państwo, niespodziankę sprawiła mi lektura rankingu Władysława Kaźmierczaka. Miłą, albowiem znalazłam się na dziewiątym miejscu wśród jastrzębi i niemiłą, bo jako anonim, co może źle o mnie świadczyć, jako o osobie, która wysyła anonimy. Wyjaśniam więc, że list z wrażeniami z wystawy rzeczywiście podpisałam jako "zestresowana czytelniczka", jednakże wysłałam go z konta, którego nazwa zawiera moje imię i nazwisko, anonimem więc niewątpliwie nie był. Bardzo zaskoczyło mnie nie tylko wyróżnienie, ale i opublikowanie mego listu na łamach "Rastra", o czym wcześniej nie wiedziałam, gdyż z braku czasu czytałam tygodnik nieregularnie i powierzchownie. Nadmieniam, iż zawodowo sztuką się nie zajmuję. (...)
Anna Begier
ksišże KaŸmierczak w akcjiOdpowiada Władysław Kaźmierczak:

Dzięki za kontakt

"Zestresowana czytelniczka" jakoś słabo pasowała do otoczenia potężnych jastrzębi. "Anonimy" w tym przypadku brzmią bardziej poważnie i tajemniczo. To naprawdę nic obraźliwego. Pani Aniu, gratulacje, jest Pani genialna. Chciałbym, by 80% krytyków w Polsce potrafiło napisać tak dobry tekst. Ostatnio byłem w Muzeum Narodowym w Warszawie, tak tylko zobaczyć jak to jest w muzeum polskim. Jest tak samo. Pozdrawiam i zapraszam do Ustki.
***

WKŁADAM PALEC DO GARDŁA...
no cacy, no ładnie się chłopcy bawicie.
A gdzie miejsce na dziewczynki? które też piszą? też towarzyszą?
Jakiś inicjalik, jakaś fotka, no choćby półprofil.
Idea śp. krytyka Tomasza Rudomino ( a pfe!) rankingu wiecznie żywa.
Wpadłam na chwilę, ale od tej automarmolady aż mam mdłości.
Wkładam palec do gardła.
z trudem,
po
Ewa
Odpowiada Władysław Kaźmierczak:

Pani Ewo!

Dlaczego tak brzydko palcem? Polecam gęsie pióro w mosiężnej oprawie. Więcej przyjemności, finezji, łatwo i elegancko. Racja, dziewczynki nie dopisały, chociaż ławka rezerwowych jastrzębic jest długa. Wszystko zależy od tego czy mieliśmy przyjemność bliżej poznać.
A tak w ogóle, to jestem przerażony brakiem poczucia humoru i tak zajadle poważnym traktowaniem listy jastrzębi i pingwinów. Toć to panie żart wielki!!! Wakacyjna, szalona wirtualna zabawa! A może boimy się o utratę pozycyjki na ryneczku? Niepotrzebnie!!!
Jest mi wstyd, ubolewam, ale nigdy nie spotkałem Rudomino! Tomasz Rudomino: Mały Leksykon Sztuki Współczesnej, wyd. Collage, Warszawa 1990, s. 98. O niego chodzi? Jak zwykle mam żal do warszawskich krytyków sztuki, że z zawiści nie informują o ludziach, którzy też coś robią w stolicy!!! Nigdzie nie jest powiedziane, że dyletant nie ma nic do powiedzenia. Każdy może mieć rację!!! Poważnie! A dlaczego nie ranking krytyków, skoro krytycy robią ich kilkanaście naraz? W kwestii "automarmolady" odsyłam do wcześniejszych odpowiedzi.
Również "po"
Władek
***

Poziom intelektualny "POKAZU" nie jest najsłabszy - pisze Bartłomiej Gutowski

RANKING - TOĆ TO PANIE BZDURA WIELKA

Z pewnym rozbawieniem przeczytałem Wasz ranking polskiej krytyki artystycznej. Traktując to, z chyba oczywistych względów, jako prowokację i żart, mający jedynie gdzieś w tle być zachętą do refleksji nad kondycją współczesnej krytyki. Z drobnych uwag to sformułowanie "że jakiś przymuł od Babilonii jest recenzentem doktoratu na temat neodadaizmu", nie wiem czy oparte na fakcie rzeczywistym, ale użyte w tekście, nie jako konkretny przykład lecz uwaga bardziej ogólna, sugeruje, iż zajmowanie się sztuką dawną jest zabawą dla idiotów, co moim skromnym zdaniem jest zwykłym chamstwem niezbyt dobrze świadczącym o czymś może niemodnym, ale w rzeczywistości chyba istotnym czyli kulturze osobistej, w tym wypadku kulturze osobistej autora tekstu. Oczywiście nie jest dobrą sytuacja gdy o sztuce nowoczesnej wypowiadają się historycy sztuki dawnej (to oczywiste), tego nie kwestionuję, ale forma tej uwagi, podkreślę to raz jeszcze, jest miałka. Dziwi mnie też widoczne patrzenie, iż zdobycie sławy międzynarodowej czy choćby krajowej przez krytyka lub artystę miałoby być potwierdzaniem jego prawdziwej wartości. O wielkości sztuki nie świadczy przecież wyłącznie poklask. Chociaż oczywiście ma on też swoje znaczenie i zdobywana popularność może (ale nie musi - casus Dudy-Gracza, świadczyć o wartości twórcy), te dwie sprawy nie są bynajmniej wprost proporcjonalnie. A kuratorka wystawy, mówiąca o słabej polskiej sztuce w wykonaniu Kantora czy Gierowskiego wykazała się przede wszystkim całkowitym brakiem wrażliwości plastycznej, świadczy to raczej żenująco o jej i niektórych wysławianych międzynarodowych krytyków, a nie kompletnie beznadziejnej kondycji polskiej sztuki. Dodam, iż sam (takie przynajmniej mam o sobie mniemanie), daleki jestem od narodowej megalomanii i jak pisałem w jednym z tekstów ( aby nie być gołosłownym ARTIFEX nr 2 dostępny w sieci pod adresem http://free.art.pl/artifex) wynajdywanie poloniców na światowej scenie artystycznej, jest miłe, ale Polska potęgą artystyczną nie jest. Przynajmniej w komercyjnym tego słowa znaczeniu. To, że istnieją u nas dobrzy artyści, zarówno młodzi jak i starzy, to że istnieją dobrzy krytycy, zarówno młodzi jak i starzy, jest faktem niezaprzeczalnym, i żadne top listy tego nie zmienią. Wartość i istotność sztuki nie polega przecież ani na miejscu w rankingu (rozumiem ranking proszków do prania, ale ranking artystów - toć to Panie bzdura wielka), co nie oznacza też, iż nie istnieją artyści lepsi bądź gorsi, nie da się tego jednak zamknąć w ramy banalnych top list. Wydaje mi się, że już dużo istotniejszym kryterium jest umiejętność oddziałania artysty na sferę wrażliwości odbiorcy (oczywiście nieznany artysta nie może oddziałać na publiczność bo nikt go nie zna), nie chodzi oczywiście o banalne stwierdzenie "och patrz Pani, jaki to śliczny widoczek" bo to z "artystów" obsadzających starówki i malujących akwarelki uczyniłoby Wielkich Mistrzów, ale o umiejętność dania wrażliwemu odbiorcy prawdziwego przeżycia estetycznego, takiego po którym czuje się przewracanie własnych trzewi, lub wręcz odwrotnie stan harmonii. Dobra, dość tych ogólnych i w gruncie rzeczy banalnych uwag o tym czym jest dzieło sztuki, inni czynili to wcześniej zdecydowanie doskonalej, a tu nie pora na to. Wracam do tematu. Wbrew opinii autora pisma takie jak Machina, City i Aktywist (pewnie też i Fluid, ale pisma nie znam więc się nie wypowiadam), nie są pismami o sztuce... zdecydowanie. Natomiast zwracam uwagę, że POKAZ jest pismem istniejącym, ukazującym się nieprzerwanie od 1993 roku (w wersji papierowej i od paru miesięcy również w wersji elektronicznej), nie przeczę, iż jego dystrybucja i jakieś oddziaływania na szerszą publikę, są raczej niewielkie to jednak pismo to wciąż się ukazuje, i chociaż ma inną linię programową niż RASTER, uważam (choć będąc z nim związany bezpośrednio, nie jestem obiektywny), jego poziom intelektualny nie jest najsłabszy (bynajmniej nie mam tu na myśli swojego w nim nader skromnego udziału). Przy okazji z zaskoczeniem przeczytałem o tym, iż nieistniejący POKAZ ma dołączyć do MAGAZYNU SZTUKI + OBIEGU (z punktu widzenia logiki zdanie nieco dziwne, nieistniejącemu trudno jest do czegoś się dołączyć), tego typu uwagi, świadczą o tym, iż autor zdaje się nieco szarżować ze swoją znajomością (bo odróżnijmy znajomość od wiedzy - tej bynajmniej nie mam zamiaru autorowi odmawiać, choćby i dlatego, że nie mam ku temu żadnych podstaw), tak więc mamy tu pewną szarżę, mającą (chyba??) na celu wskazanie na doskonałą orientację w świecie sztuki (oczywiście nie chodzi tu tylko o ten przykład, bo imputowanie, że ktoś prezentuje swoją znajomość zjawisk około artystycznych na przykładzie POKAZU, byłoby swoistym nadużyciem), która nie zawsze ma jednak oparcie w faktach. Nie jestem, tez pewien, ale chyba galeria Maszy Potockiej jednak nie była pierwszą prywatną galerią w Polsce (w Polsce na pewno nie, bo prywatne galerie sto lat temu też funkcjonowały), rozumiem że chodzi o Polskę powojenną, tu właśnie mam pewne poczucie niepewności, ale w czasach tych nie było mnie jeszcze na świecie, a rozwój polskiego galernictwa, nie jest moim konikiem, mogę się więc mylić. To chyba tyle uwag ogólnych, aha może jeszcze jedno ciągłe atakowanie Andrzeja Osęki, które staje się wręcz modą zaczyna być nużące.
W imieniu swoim własnym
Bartłomiej Gutowski
P. S. Gratulacje z powodu interesujących tekstów o Wenecji


Władysław Kaźmierczak odpowiada:


PROSZĘ ODRZUCIĆ UCZUCIE NIEPEWNOŚCI...

ksišże KaŸmierczak w akcjiSuper. Jest Pan pierwszy. Z tym rankingiem, oczywiście, że żart. Gratuluję prawidłowego poczucia humoru. Ale mam zastrzeżenia: przymuł od Babilonii i praca doktorska z neodadaizmu, to nie chamstwo, tu pozwolę się nie zgodzić z Panem, to też żart. Fikcja. Źle Pan odczytał moje intencje. Kocham historyków. Są fajni. Nawet moja córka studiuje historię na UJ. Oczywiście, że nieco szarżuję. Nie mam pewności na 100% czy tak jest w istocie jak sam piszę. Mamy aż 15 uniwersytetów i tylko Kaszubski Uniwersytet Ludowy w Wieżycy może być wolny od podejrzeń, że prowadzi badania z Babilonii i sztuki współczesnej jednocześnie. Strzelam więc w ciemno. Ale, teoretycznie wszystko jest możliwe.
Przyznaję, "nieistniejące pismo POKAZ", to żart złośliwy. Ale poniekąd uzasadniony. Wielokrotnie wchodzimy na stronę POKAZU, gdzie roi się od wielkich nazwisk i naszych przyjaciół, lecz ciągle czytamy to samo. I jest to irytujące. POKAZ jest mało aktywny, pomimo olbrzymiego potencjału jaki posiada. Zwłaszcza po dołączeniu prof. Bronisława Geremka do redakcyjnego grona. Jest to fakt niepodważalny i niewątpliwie "godny odrobiny uszczypliwości". Połączenie POKAZU z Magazynem Sztuki + Obieg. To żart gigant. Każdy to chyba zauważył. Ziarkiewicz i Osęka w jednej redakcji? Większego absurdu nie mógłbym sobie wyobrazić. Liczyłem na to, że czytelnicy szybko uporają się z tą nielogicznością. Panu oczywiście wybaczamy, bo jest Pan związany z tym pismem i reaguje Pan zbyt (niepotrzebnie) emocjonalnie, a wiadomo, że wtenczas logika znika. A przy okazji chodzi mi o to, że realne połączenie Obiegu z Magazynem Sztuki też wygląda na kiepski żart.
Z wieloma Pańskimi poglądami jestem skłonny się zgodzić, tylko niech mi Pan nie robi przykrości i nie wykreśla Machiny, City, Fluidu i Atywista. Jasne, że są to popowe pisma kulturalne, które zatrudniają niezłych krytyków sztuki. I jeśli je wykreślimy, to co nam pozostanie? Wykrzykiwanie własnych poglądów na zatrutych spalinami ulicach?
Masza Potocka była prawdziwą opozycjonistką wtenczas, kiedy Panu Osęce nawet nie śniło się pojęcie opozycjonista, bo wtedy ochoczo pisał w oficjalnej, socjalistycznej - jak wszyscy diabli - "Kulturze". Galeria PI była pierwszą, niezależną, prywatną galerią w realnym socjalizmie. Proszę odrzucić uczucie niepewności i proszę do znudzenia, spokojnie powtarzać tą wiadomość wszystkim znajomym historykom sztuki z Pokazu, UKSW-u i Artefixu. Potem podobną galerię "Piwna 20 / 21" założył Andrzej Dłużniewski w Warszawie, ale długo, długo później.
Dlaczego nie lubimy Osęki? Na to pytanie nikt nie może dać sensownej odpowiedzi. Tak się jakoś utarło. Jednych kocha się za nic, a innych przeciwnie. Czy to nudne? Nudne.
"Dziwi mnie też widoczne patrzenie, iż zdobycie sławy międzynarodowej czy choćby krajowej przez krytyka lub artystę miałoby być potwierdzaniem jego prawdziwej wartości." Oczywiście od razu domyśliłem się, że to żart, ale o mały włos już skłonny byłem wziąć tą myśl za poważną. Nabrał mnie Pan nieco.
A teraz o francuskiej pani, która nie zna się na sztuce polskiej. Ta scena mówiąca o anachroniczności i słabości sztuki polskiej odbywała się w tle świetnej wystawy młodych dzikich niemiecko-szwajcarsko-francuskich. O młodych dzikich jeszcze się w Polsce nie mówiło. Ta głupia pani była kuratorką wystawy. Co ja biedny wtenczas miałem powiedzieć? Że protestuję!!! Że to nieprawda!!! Że Kantor jest u nas Bogiem. Że nieudane powstanie styczniowe!!! Że my nadgonimy!!! Miałem udawać Gombrowicza? Dopiero za pięć lat Ziarkiewicz zrobił młodą ekspresję w Polsce. To nie jest żart, niestety.
Przed napisaniem tekstu Ranking krytyków 2000 / 2001 czytałem Artefix i "Wiele hałasu o nic?". Pismo wpisałem do "ulubionych", pomimo, iż opiekę naukową nad nim sprawuje prof. dr hab. Zbigniew Bania, któremu osobiście nie dowierzam. Ale jest lato, wakacje i jak nigdy są nam potrzebne wzajemne zrozumienie, dialog, gesty dobrej woli, otwartość, poczucie humoru i trochę rozrywki.
Pozdrawiam
wk
***

Paweł Dunin-Wąsowicz marzy o niezależnych krytykach

NIELOT GODNY POGARDY?

Koledzy!
Przeczytałem o pingwinach i jastrzębiach - ale... Wynika z tego, że krytyk sztuki, który nie prowadzi sam działalności galeryjno-kuratorskiej nie ma szans być jastrzębiem a musi być pingwinem. Czyli jedyna postawa to bycie jednocześnie sędzią i graczem? Zastanawiam się, bo jestem w podobnej sytuacji jak Wy - wydaję literaturę i staram się czasem być krytykiem. Ale wcale nie przepadam za takimi układami i marzę o niezależnych krytykach, którzy nie są włączeni w naczynia połączone ja tobie, ty mnie. Tymczasem według waszych Top List ktoś taki z definicji jest nielotem godnym pogardy???????????
Czy to było zamierzone, czy wyszło niechcący?
Paweł Dunin-Wąsowicz


Odpowiada Władysław Kaźmierczak:


PINGWINY TEŻ MAJĄ GALERIE

ksišże KaŸmierczak w akcjiZbieżność jest całkowicie przypadkowa. Nie ma takiej reguły. Pingwiny też mają galerie, np. T.N. Wśród jastrzębi nie mają galerii Kostołowski, Wisłocki i Anonimy z Poznania. Borkowski i Szabłowski też nie mają. A czy Szymczyk & Przywara tak naprawdę mają swoją galerię? Tylko pozornie. Własna galeria nie świadczy o tym, że chce się być układowym. Wręcz przeciwnie, jest zdrową reakcją na otoczenie. Czyli, na przymknięte możliwości promowania idei, które się ceni. Własna galeria jest zawsze dobrym rozwiązaniem nie prowadzącym do neurozy lub zpingwinienia. Np. Galeria Bagatt. Akurat w kwestii graczy i sędziów mamy odmienne zdania. Top jastrzębi ma dość jasne reguły. Liczy się idea, którą chcemy upowszechnić. Metodami różnymi. Jastrzębie to robią. Pingwiny odwrotnie. Jako typowi nieposiadacze idei cały czas coś kręcą i ściemniają. Zresztą, odsyłam do marzeń i piętra niżej w tekście.
Całuski
w.k.
***
Wspomnienia Wojciecha Kozłowskiego

Z PINGWINEM W WITEBSKU

Drodzy moi, dzieki za tekst Wladka, choc Bogiem a prawda - jesli zostal skierowany do czytelnikow Rastra, to dobrze to wszystko wiemy. Pytanie jest powazne - czy A.O. albo A.M. albo P.S. czytaja Rastra??? Pol biedy jeszcze oni, ale czy robia to A.K. , J.B. , albo J.G.??? Bo jesli nie, to troche szkoda czasu i piora. Ja oczywiscie Wladka doskonale rozumiem, czasem warto wylac z siebie jednym ciegiem zal i pretensje. Czuje to tak samo, czuje niedocenienie nie tyle swoje, co znajomych, przyjaciół, swietnych czesto artystow, ktorych dzialalnosc wpada w czarny worek niepamieci, jest dla ulamka promila odbiorcow, nie dlatego, ze spoleczenstwo jest glupie, ale przez brak informacji, edukacji, szacunku. Zadne inne argumenty mnie tak nie przekonuja do czarnych mysli, jak wizyta w ksiegarni (np.) na Hamburger Banhof w B-inie. Zwaly ksiazek, katalogow, czasopism. 99% z nich nigdy (obym sie mylil!) nie zostanie przetlumaczona na jezyk polski. Wiemy dokladnie, ze sztuka w jezyku politykow (tu nieco sztywny uklon w strone Wladka) nie istnieje, bo nie ma realnej wartosci w walce o wladze. Moze przeszkadzac co najwyzej.
W ranking jastrzebi nie wnikam. Co najwyzej podzielam watpliwosci samej redakcji co do pierwszego miejsca. Ale bo ja wiem - nie takie przejawy obserwujemy w zyciu publicznym, zeby sie nadmiarem kolezenskosci przejmowac. A ja nie wnikam, bo mieszkam w miescie, gdzie idea pisania o sztuce jest w zaniku. W wielkonadkladowym dzienniku na pierwsza strone idzie info o wizycie gwiazdy pewnego programu na B. Dokladnie w tym czasie w tym samym wojewodztwie gosci niemiecki noblista na GG. Troche tekstu na 3 stronie. Mnie to nie dziwi, tak jest po prostu, juz.
Ale wracam do rankingu, bo chcialbym anegdotycznie kilka moich przygod z bohaterami tegoz. Nie mam juz w archiwum e-maila, ktory wyslalem do pingwina DJ a propos mozliwosci krociotkiej chocby notateczki o wystawie w mojej parcianej galeryjce. Kilka takich emaili bylo i nigdy zadnej odpowiedzi, ale to normalne. To jeszcze nie anegdota, ale zaraz bedzie. Z pingwinem PS zetknalem sie w Witebsku (tak!) w 1988 roku na festiwalu piosenki polskiej. Bylem tam z wystawa artystow z Zielonej Gory, PS jako chyba korespondent prasy, choc pewnosci nie mam. Siedzielismy przy jednym stoliku w hotelowej restauracji z pewnym pracownikiem (technicznym) Zniechety i pewnym krytykiem muzycznym z Wawy . Pilismy ruskie szampany, bo byly dobre i bardzo tanie. W pewnym momencie PS, razony alkoholem i potwornym tego dnia upalem postanowil wyruszyc na podboj milosny, jako ze (jak wyznal) nie mial kobiety od pol roku. Postanowilem mu towarzyszyc, jakozem od alkoholu i upalu tez nieco oslabl. Niestety, bialoruskie kobiety uciekaly na nasz widok w poplochu. Zreszta zastosowalismy chyba najgorsza z mozliwych taktyke, zaczepiajac je na ulicy i probujac sklonic do pojscia z nami do hotelu. A przeciez one doskonale wiedzialy, ze dyzurujacy tam kagiebista (choc juz wtedy w ZSRR byl duzy luz) nie wpuscilby ich do srodka. Tak wiec nic z tego nie wyszlo i do reszty juz pograzony w rozpaczy pingwin udal sie spac. Nie bylo by moze w tej zenujacej historyjce nic zabawnego, gdyby nie to, ze w naiwnosci swej probowalem wykorzystac te znajomosc i powolujac sie na dawne przygody zwrocic na siebie uwage wielkiego pana krytyka z powaznego pisma w Warszawie. Jakim trzeba byc palantem, zeby nie odpowiedziec chocby - a odpierdolzesz sie, nic nie pamietam. Na przyklad. Wyslalem do niego kilka listow, jakies emalie. Nic. Nie jestem widac parnerem. Ale juz od jakiegos czasu nie przejmuje sie takimi rzeczami, trudno, z perspektywy (przepraszam chlopaki, nie wszyscy tak maja) Wawy wszystko jest male, smierdzace i parciane. Pozdrawiam Was i moze cos przysle do cytatow, bo znalazlem cos niezlego. Wojtek.
Aha i jeszcze przykladowy email do PS z czaso, jak sie jeszcze przejmowalem.
Szanowny Panie P., jakich trzeba uzyc sposobow, zeby informacja o wystawie w Zielonej Gorze znalazla chocby wzmianke w P.?
Rozumiem, ze jest to miasto polozone na peryferiach naszego kraju, niemniej jednak miesci sie jeszcze w jego granicach. Wysylam Panu regularnie zaproszenia, ale moze gina w przepastnych redakcyjnych szafach? Nie pisalbym moze wcale, bo juz sie przyzwyczailem, ze wszystko co nie w Warszawie zasadniczo po prostu nie istnieje (tzn moze istnieje, ale nie naprawde), ale przeczytalem w ostatnim numerze info o wystawie Leona w Poznaniu. Skoro odnotowujecie wszystkie ruchy swoich paszportantow (ze tu uzyje takiego slowa), to przypominam ( mam nadzieje, ze otrzymal pan zaproszenie) o wystawie Goscinnej Pracowni Leona Tarasewicza (oczywiscie razem z Leonem) w BWA w Zielonej Gorze. Rozumiem, ze Poznan jest troche blizej, a Zielona Gora nie istnieje, niemniej jednak z obowiazku staram sie przypominac o jej (i prowadzonej przez mnie galerii) przynajmniej wirtualnym istnieniu. Z powazaniem Wojciech Kozłowski


Władysław Kaźmierczak odpowiada:

SKAZANY ZA MOLESTOWANIE

ksišże KaŸmierczak w akcjiNo tak, tak. Piękna historia z pingwinem P.S. Ze śmiechu łzy kapią mi po piętach. Ja w gruncie rzeczy nie miałem takich intencji. Już nie mam siły, by szarpać się z pingwinami. Nad morze dolatują tylko jastrzębie. Mają inną skalę ocen. Ryzykują. Są obecni. Jest ciekawiej.
I jeszcze jedna ważna rzecz. Sama redakcja Rastra nieco "oburzyła się" (wszyscy wiemy, że musiała tak zrobić) na fakt ulokowania Łukasza na 1 miejscu. Ale opublikowała ranking: dziękuję!!! Ręka rękę myje, a i Ty Wojtku, też swoje zrozumienie dla tej niestosowności wyraziłeś. Dziękuję i wyjaśniam: koleżanki i koledzy!!! Tu nie ma żadnego lizusostwa. Ani układów. Kryteria są przejrzyste. Gorczyca zapracował sobie na 1 miejsce w 100%. Jeśli ktoś zechce polemizować z kolejnością na liście, to niech mocno szuka argumentów, które mogą mnie zaskoczyć, tak jak zaskoczyła mnie obecność pewnego krytyka sztuki, skazanego za molestowanie dzieci (siedział), na stronie "redakcja" nieistniejącego pisma o sztuce POKAZ.
W.K.

***
NO TEN KAŹMIERCZAK TO JEST ZAJEBISTY!!!
super text,
piotr [rypson]



POLSKA WIDZIANA ZNAD MORZA

Przedstawiamy raport o polskiej krytyce artystycznej: kim są, o czy marzą polscy krytycy sztuki i dlaczego ich marzenia nie mogą się spełnić. Raport wraz z towarzyszącym mu rankingiem jastrzębi i pingwinów polskiej krytyki powstał oczywiście nad morzem, a dokładniej w Słupsku "mieście, gdzie nie ma ani jednego krytyka sztuki". Dzięki temu jego autor, a nasz stały korespondent nadmorski Władysław Kaźmierczak, cieszy się "cudownym uczuciem dystansu". Czytając przekonajcie się, czy rzeczywiście Polska widziana znad morza wygląda inaczej. Oczekujemy, że w tej i innych sprawach będziecie pisać do nas listy z wakacji. Znając Rastra trudno w to uwierzyć, ale czujemy się trochę zażenowani publikując ranking, w którym zajmujemy pierwszą pozycję. I być może nawet nie dopuścilibyśmy do tego, ale przekonały nas ufundowane przez Kaźmierczaka nagrody dla wyróżniających się jastrzębi: dwa tygodnie w nadmorskim hotelu w Ustce. Kto by się nie skusił, gdy wakacje za pasem... Jak w morskiej kąpieli: ręka rękę myje. [22.07.2001]
KRYTYCZKA ż III, CMs. ~czce; lm D. ~czek 1. "kobieta pisząca krytyki; kobieta krytyk" 2. pot. "kobieta oceniająca wszystko krytycznie"
KRYTYK m III, DB. -a, N. ~kiem; lm M. ~ycy, DB. ~ów 1. "osoba analizująca dzieła sztuki, literatury, utwory muzyczne, prace naukowe i oceniająca ich wartość": Krytyk literacki, muzyczny, telewizyjny. 2. "człowiek krytykujący, ganiący coś" (łc. z gr.)
[Słownik Języka Polskiego PWN, t.I A-K, Warszawa 1999]

RANKING KRYTYKÓW 2000 / 2001

Władysław KaŸmierczak & Ewa Rybska - performance "Pulp Fiction" napisał Władysław Kaźmierczak
Żarty się skończyły
Krytyka jest potrzebna społeczeństwu, artystom, galeriom, kuratorom i samym krytykom. Potrzebna jest sztuce. Potrzebna jest władzy i sponsorom. Nieistniejący rynek sztuki też chciałby mieć krytyków. Jeszcze 8 lat temu prawie nikt nie pisał o sztuce. Nie było pism a sztuka była wyłącznie stara. Nieliczni krytycy, powiedzmy piszący o sztuce, byli dość mocno oderwani od rzeczywistości. Od sztuki też. Dzisiaj, kiełkująca polska krytyka doznaje szoku zbliżenia ze światem. Również ze światem polskiego odbiorcy i polskiej władzy. Jednak nadal brakuje nam wszystkim otwartej dyskusji. Mówiąc inaczej: żarty się skończyły, musimy być wobec siebie "szczerzy aż do bólu", by przezwyciężyć prowincjonalny polski kryzys. Jest nam potrzebna krytyka, która zbliży się do światowych standardów. Musimy wyartykułować swoje marzenia, zobaczyć podłą, nieuszminkowaną rzeczywistość i próbować ją odmieniać, bo jeśli nie, to padniemy gdzieś pod płotem historii jak grupa "Ładnie".

SLUPSKO CZYM MARZY POLSKI KRYTYK SZTUKI?
* Marzy o odnawialnym rocznym stypendium twórczym (na Seszelach).
* Marzy o tytułach naukowych i o nieregularnych wykładach wszędzie tam, gdzie wypadałoby, by znano sztukę współczesną.
* Marzy o uwielbieniu przez innych krytyków i przez artystów w kraju i za granicą. Marzy o uwielbieniu tłumów.
* Marzy o absolutnej wolności w sztuce.
* Marzy o władzy, którą jest zdolny przekonać, by łożyła większe środki na sztukę.
* Marzy o potężnych instytucjach finansowo-artystycznych, które decydują o rynku sztuki i swoim w nich udziale jako dobrze płatny ekspert.
* Marzy oczywiście o artystach, o których może spokojnie pisać. O tych już wylansowanych przez zagraniczne galerie i pisma, po to by im dokopać, lub lekko pochwalić, a z całą pewnością dać ich za przykład wszystkim pozostałym beztalentom w kraju.
* Marzy o tym, by móc pochwalić się znajomością z przynajmniej kilkoma artystami i krytykami o światowej sławie, by znaleźć się automatycznie w rankingu najlepszych polskich krytyków na świecie.
* Marzy też, by być w jakimś międzynarodowym stowarzyszeniu krytyków.
* No i żeby było kilka już wylansowanych, dobrych pism o sztuce, by w nich pisać. Pismach, które mają również sprawną, profesjonalną zagraniczną dystrybucję a nie wyłącznie polską prenumeratę, której nikt nie chce.
* Od czasu do czasu opublikować coś w zagranicznym piśmie.
* Publikacja obszernego albumu / książki o ostatniej dekadzie też by się przydała.
* Krytycy o większym temperamencie mogą jeszcze marzyć o własnej galerii lub muzeum dotowanym przez własną fundację, a najlepiej państwo.
* Do marzeń dorzućmy jeszcze spotkanie z prezydentem RP na tle obrazu Dwurnika "w gronie innych poważnych krytyków sztuki" transmitowane w głównym dzienniku TVP1.
* Marzy o tym, by być w pierwszej 10-ce rankingu krytyków polskich
(jastrzębi). Wiadomo, że nagroda Stajudy, rzekomo dla krytyków, jest rozdawana kuratorom.

PIĘTRO NIŻEJ
To były marzenia. Schodzimy piętro niżej i co widzimy?
Szabrownicy
* Krytycy raczej klepią biedę i nikt w Polsce specjalnie nie przejmuje się ich losem. Stypendia dla krytyków oferują nieliczne fundacje zagraniczne. Ministerstwo kultury jest zbyt przymulone przeciętnością i zajęte same sobą, by myśleć o przyszłości polskiej kultury - np. proponując jakąkolwiek ofertę dla krytyków sztuki. A swoją drogą to wszyscy jesteśmy nieco zdziwieni, kiedy mamy krytykowi zapłacić za tekst. Jak to? Za pieniądze Pan pisze? Które z pism dobrze płaci? Żadne.
Krytycy nie mogą założyć sobie programu swojej pracy, podróży, poznawania zjawisk w sztuce, artystów, kolekcji itd. Ich wiedza jest przypadkowa i wyrywkowa. Z biedy. Dlatego niektórzy gdzieś pracują, gdzie jest dostęp do Internetu, telefonu i delegacji. Czują się jak szabrownicy.

Inercja uniwersytetów jest niewyobrażalna
* Jest ciężko z tymi tytułami. Krytycy sztuki powinni zdobywać tytuły naukowe, po to by mieć choćby minimum szacunku w społeczeństwie, ale nie życzę nikomu, by robił to w Polsce. Szczęśliwi ci, którzy pracują choćby na ASP. Inercja uniwersytetów polskich jest niewyobrażalna. Uniwersytety nie prowadzą badań ze współczesności. Dochodzi do paradoksów, że jakiś przymuł od Babilonii jest recenzentem doktoratu na temat neodadaizmu. Ciekawe kto w Polsce mógłby być promotorem lub recenzentem doktoratu na temat performance?

Pogarda wydaje się intelektualną modą
* Krytycy raczej nie lubią się nawzajem. Za plecami nadają na siebie ostro. Dewaluują wszystko co się da. Rzadko kiedy łączy ich wspólny cel lub stanowisko. Nawet wśród krytyków progresywnych. I jest to tragedia. Krytycy nie mogą stanowić żadnego oporu dla skandalicznych zachowań władzy, publiczności i słabych artystów związkowych. Szkoda. Nie mówimy, czy artyści kochają krytyków, bo to oczywiste. Piszą dobrze, kochają. Źle, nie. A czytelnicy? A publiczność? Kto czyta krytyków? "Pogarda dla sztuki współczesnej wydaje się pewnego rodzaju modą intelektualną wśród inteligencji polskiej po trzydziestce". Tak uważa Hanna Wróblewska.
* Cattelan niechcący otworzył nam oczy na Polskę. Po serii skandalicznych reakcji ze strony posłów, mediów, rodzin katowickich i czerwonych beretów, wydaje się, że tak jak Amerykanom jest nam potrzebna pierwsza poprawka do konstytucji. Ale kto ma to zrobić? I czy poprawka załatwi cokolwiek! Kiedyś był szlaban na krytykę Moskwy i ustroju socjalistycznego, teraz mamy wiele szlabanów. Tu nie wolno i tam nie wolno. O wolności w sztuce możemy jedynie pomarzyć!

SLUPSKJelenie w restauracji sejmowej
* Niestety, marzenia krytyka sztuki o mądrej władzy nie mogą się spełnić. Władza robi sobie kpiny ze sztuki. Politycy odpowiedzialni w najwyższym stopniu za finanse polskiej kultury spokojnie spożywają posiłki w restauracji sejmowej wystrojonej w jelenie na rykowisku, zachody słońca i najgorszy kicz możliwy do wyobrażenia. Nikogo to nie razi. Obcując z estetyką z Wiejskiej każdy poseł i senator jest zdolny i skłonny do robienia sobie żartów z każdej sztuki. Ani jeden z polskich premierów w dwugodzinnym expose nigdy nie wspomniał o kulturze. I żadna z gazet, opozycyjnych też, nie zauważyła, że premier 40 milionowego narodu nie przewiduje rozwoju kultury. Nigdy w sejmie po 1989 nie było poważnej dyskusji na temat kultury. Na temat sztuki już kompletnie nie, bo chyba nikt z posłów nie wyjąkałby nawet pół zdania. Żadna z partii, obojętnie jaka, nie ma w swoim programie politycznym działu pn. kultura i sztuka. Nie ma więc konkurencji programów pomiędzy partiami. Nikt nie wie ile jest potrzebnych pieniędzy na kulturę. Kandydat na posła, pełen dobrej woli, nie może nam nic obiecać przed wyborami, bo nawet nie wie co i ile. Hanna Wróblewska apeluje o lobby w sejmie. Słuszne marzenie, ale osobiście bałbym się każdego lobby, które stołuje się w sejmowej knajpie z jeleniami na rykowisku. Podczas przesłuchań na dyr. Zniechęty z ust jury padło pytanie: co by Pan / Pani zmieniła w ustawie o działalności kulturalnej z 1991 roku? By wpaść na pomysł takiego pytania, trzeba być już mocno pogodzonym z losem i przekonaniem "że nic nie da się zrobić, najwyżej można coś poprawić". Luminarze kultury polskiej dołują sztukę nie mając świadomości swojego wstecznictwa. Reformę kultury w 1998 robili Pałubicki (UOP) i Widzyk (prawie UOP), ponieważ są .... historykami sztuki. Ministerstwo Kultury zostało odsunięte od prac nad reformą!!! Chodziło o to, by dać jak najmniej pieniędzy, których po reformie miało być więcej. Żaden Wajda oczywiście nie protestował. Taki to jest smutny, katowicki kraj. Ale tak długo będzie źle w kulturze, dopóty dopóki, media i krytycy nie wyszydzą tej polskiej głupoty. Krytycy niepotrzebnie brzydzą się polityką. Nie widzą prostej zależności: mniej pieniędzy na galerie i artystów › mniej dobrych wystaw › gorsze teksty krytyków i żenująca dyskusja › większa przepaść do świata. Władza w Polsce boi się jedynie mediów. Borkowski kurator to jest człowiek nikt, Borkowski krytyk to niebezpieczny facet. Jego zwierzchnik Krukowski - paradoksalnie - ale dla władzy to też człowiek nikt. Piszący "krytycy" w największych pismach w Polsce wykazują najczęściej wszystkie klasyczne cechy zwykłego oportunisty. Korzystać z uciech bycia krytykiem, nikomu się nie narażać, służyć temu, kto płaci. Pisać i pisać bez końca. Przetrwać jak najdłużej. Rozumiem, że nikt nie chce umierać za Gdańsk, ale bez przesady. Taki Osęka pisze o sztuce już od 50 lat. Pisze i pisze tylko nie wiemy po co?

Żyjemy w zamkniętej niszy
* O rynku sztuki, który tak podziwiamy za granicą decydują instytucje finansowo-artystyczne. Tego jest racja czyja wódka na stole. Lub tego, kto potrafi się zrewanżować następną kolejką. I to jest cała tajemnica sukcesu artystów zagranicznych. Ranking Kunstkompassu 2000 pokazuje to idealnie. Strona pod adresem: http://world.art.pl jeszcze nie istnieje. Każdy może to sprawdzić. Ci, którzy przysiadają się do stołu "na sępa" są ignorowani z przyjacielskim uśmiechem na twarzy. Odgrywamy rolę biednego natręta a nie partnera i trzeba o tym też wiedzieć. Czy mamy w Polsce takie instytucje, które są w stanie postawić coś na międzynarodowym stole? Nie. Bo polski rynek sztuki bardziej przypomina pranie brudnych pieniędzy, niż zręby rynku sztuki mogącego zaistnieć w układzie światowym. Polscy krytycy nie są zapraszani na międzynarodowe podziały łupów w sztuce. Reprezentują tylko samych siebie, a to bardzo mało. No dobrze, ale zdarzają się wystawy polskiej za granicą. Tak, ale to są rutynowe, najczęściej polityczne ochłapy, bądź nieistotne wymiany. Ekspres Polonia, Zniechęta w Tate, Wenecja itd. Kompletnie bez znaczenia. Z zagranicy, o nasz rynek mogą zabiegać jedynie początkujący skandaliści, by potem spokojnie pisać w CV jak to im zamknięto wystawę w Polsce. Nikt przecież nie liczy na zakup dzieła do muzeum lub jakiejś kolekcji. Więc co w tej sytuacji może zrobić krytyka? W zasadzie może dużo, może walczyć o instytucje, które pomogą przywrócić nas światu. Wciąż żyjemy w zamkniętej niszy artystycznej, mentalnej i emocjonalnej, pomimo starań garstki artystów, kuratorów i krytyków, by pchnąć nas we wspólną, niezwykle zróżnicowaną, międzynarodową przestrzeń.

Krytycy w Polsce muszą ściemniać
* Krytyka w Polsce stara się manipulować tym, co ma do dyspozycji: słabo znane na świecie polskie gwiazdy + sporo zdolnej młodzieży + plastycy + wiecznie początkujący polski rynek + niezbyt ustabilizowany kontakt ze sztuką światową. A właściwie jego brak. Tak często wymieniani: Abakanowicz, Tarasewicz, Bałka i Opałka, to sławy zagraniczne na użytek wewnętrzny. Żadna z tych gwiazd nie jest nawet sklasyfikowana na końcu "top listy 100" w międzynarodowym rankingu Kunstkompassu za rok 2000. Oczywiście można się nie zgadzać i zaatakować globalizm w sztuce. Bo coś takiego również istnieje. Ale polska krytyka dokładnie nie wie, gdzie zaczyna się globalizm a gdzie są promowane tzw. autentyczne dzieła. Mówiąc krótko, krytycy muszą ściemniać, by w ogóle pisać o czymkolwiek. Zresztą, dumny polski naród nie przyjąłby do wiadomości faktu, że jest tak cienko notowany w światowej sztuce i dlatego dyżurni krytycy podtrzymują mit o wybitnej sztuce polskiej. Megalomania sprawdza się w każdej sytuacji. W związku z powyższym, mamy swoisty rodzaj huśtawki psychicznej: raz popadamy w euforię i dobry humor, by potem szybko doznawać szoku, że to, co sobie w Polsce myślimy o sztuce nie ma poparcia w opiniach za granicą. Dzisiaj i tak jest lepiej. Tarasewicz nie rzuca na kolana (a podobno chciał), ale nie daje plamy (chociaż mógłby).
Na początku lat 80-tych kuratorka z miejskiej galerii w Lyonie, po dłuższej rozmowie zaskoczyła: aha z Polski, tak, tak mieliśmy w ubiegłym kwartale bardzo słabą wystawę przysłaną przez polskie ministerstwo. Zobaczyłem katalog i omal nie zemdlałem: Kantor, Nowosielski, Marczyński, Stern, Gierowski i 20 innych profesorów z polskich ASP. Nikt nie chciał mi uwierzyć w tę scenę.

USTKAKto pierwszy złapie wizytówkę...
* Marzenie o znajomości z artystami i krytykami o światowej sławie jest równie trudne do zrealizowania jak reforma władzy w Polsce. Uwielbiamy paradoksy i je mamy. Otóż najlepszy kontakt z artystami i krytykami o światowej sławie mają ci, którym na tym najmniej zależy: asystenci podsekretarzy z MKiDN + dyrektorzy największych polskich galerii Zuj + Zniechęta. Ale jest jakaś szansa. Ten, kto codziennie jest w stanie odwiedzić znajomych w tych biurach szybko zrobi karierę. Nie ma możliwości, by w ciągu roku nie spotkać przynajmniej jednej zagranicznej gwiazdy przychylnej polskiej sztuce. Kto pierwszy złapie wizytówkę ze stołu ten ma np. wystawę w Tokio. Tym w Tokio jest to obojętne. Słabo nas rozróżniają. Np. dyrektor Krukowski szybko łapie wizytówki i często wyjeżdża ze swoją bardzo cienką Akademią Ruchu w świat na wyjątkowo nieważne imprezy, rewanżując się potem udostępnieniem Zuja wyjątkowo słabym artystom z zagranicy np. Białorusinom.
* Niedostępnym (niezarejestrowanym w Polsce), międzynarodowym stowarzyszeniem krytyków sztuki jest AICA, która jako agenda, stowarzyszenie biurokratycznego UNESCO, na nieszczęście, cieszy się wyjątkowo niską rangą w prawdziwym świecie sztuki. Przepraszam polskich przyjaciół z ajki. Ale tak już jest. Bo jeśli zadamy sobie pytanie co zrobiła i co robi AICA dla polskiej sztuki, to odpowiedź może być tylko mętna. AICA była oknem na świat i szczytem snobizmu za komuny, ale teraz? Strata czasu. Proponuję nie rejestrować.

112 pism o sztuce
* Gdzie pisać? W pismach kulturalnych. Podobno jest ich 245, a o sztuce 112, i od razu widać jak Polacy uwielbiają ściemniać. Zadałem sobie trud sprawdzenia tej bzdury. Jest kilka pism sieciowych, w tym Raster, jest papierowy EXIT, A&B, ARTeon, i ledwo istniejące: Format, Magazyn + Obieg, i nieistniejące: Sztuka, Projekt, Pokaz. Dorzucamy istniejące Machinę, Fluid, City i Aktywista. To wszystko. Bez dystrybucji za granicą. Bez dystrybucji w kraju. Oprócz czterech ostatnich i A&B.
* Nie pytam już nawet czy ktoś z Polski napisał choćby jeden tekst w Art Forum, NYArt Magazine, High Performance, Flash Art, Art International, Circa, Nu, Taide, Art Monthly albo w jakimś piśmie niemieckim? Przecież są takie możliwości. Najwięksi polscy krytycy zarozumialcy (nie mówimy o jastrzębiach, które wykazują twórczą skromność) jakoś się nie palą, by zaistnieć w świecie. Dziwne, prawda?
* Publikacja o dekadzie jest przysłowiowym strzałem w 10-tkę. Autentyczny samograj. Cokolwiek napisane - trafione. Nawet nie potrzeba oglądać wystaw. Wystarczy kontakt z własnym biurkiem. Oponentów niewielu, bo w Polsce tylko nieliczni zajmują się sztuką dłużej niż dziesięć lat. Reszta nie wytrzymuje nerwowo. Piotr Piotrowski już załatwił drugą dekadę. Wybił się na najlepszego specjalistę w Polsce od fałszowania historii. Same "genialne" myśli perełki. Nikt mu nie podskoczy. Stypendium w Stanach. Sukces. Normalni krytycy patrzą na to i też chcieliby wypowiedzieć się o ostatniej dekadzie.

Wokół krytyków trzeba robić wrzawę
Inne marzenia - jako mniej istotne - pomijamy z wyjątkiem rankingu, którego nie zrobią sami krytycy, bo im nie wypada. Większość krytyków jest związana z jakimś pismem i ich redakcje również wzbraniają się przed "ocenianiem" konkurencji. Niezbyt dobrym miejscem na powstanie rankingu jest stolica czy kulturalne miasto Kraków. Nawet Poznań nie nadaje się. Najlepszym miejscem jest miasto, gdzie nie ma ani jednego krytyka. Np. Słupsk.
Kto ma oceniać? Artyści? Galernicy? Aktywiści? Kuratorzy? Chyba każdy, kto umie czytać i wie co czyta. Kryteria nie są zbytnio skomplikowane. Rynek piszących też nie. Wprawdzie Raster pisze: "W krytyce kryzys, za to np. nagroda krytyki im. Stajudy trzyma się świetnie", to jednak uważamy, że wokół krytyków trzeba robić coraz więcej wrzawy, bo tak naprawdę są oni ostatnią deską ratunku dla polskiej sztuki.
O tym, że zdecydowaliśmy się na tak desperacki krok zadecydowało w końcu i to, że mamy możliwość ufundowania nagrody dla najlepszych krytyków - dwa tygodnie pobytu nad morzem w galeryjnym hostelu w Ustce. Oraz, że mamy coś wspólnego z performancem, który nie musi się łasić do krytyków jak bura suka, bo żadna tzw. krytyka post factum nie jest nam już potrzebna. Pewnym ułatwieniem w podjęciu decyzji było to, że jako performerzy byliśmy w tylu krajach, widzieliśmy tak dużo odmiennych i ciekawych nisz kulturowych, spotkaliśmy tak wielu artystów, że chcąc nie chcąc mamy spory dystans do gier polskich i europejskich nawet. A ponieważ performance jest tępiony przez wszystkie (większe) galerie świata, to tym sposobem nie doznajemy większych emocji obserwując sobie na uboczu dramatyczne konwulsje tzw. sztuki. To cudowne uczucie dystansu było nam bardzo przydatne przy ocenie krytyków sztuki, którzy też nie jeden grzech na swoim sumieniu mają.

DWIE TOP LISTY
Ponieważ niektórych krytyków cenimy wysoko, a innych po prostu nie lubimy, dlatego musieliśmy stworzyć dwie listy, aby nasz ranking był bardziej czytelny, np. A. Osęka ulokowany na 183 miejscu mógłby czuć się wyróżniony, a tego nie chcemy. A poza tym, wykazujemy w ten sposób tzw. bezstronność, nikt nie może nam zarzucić, że próbujemy sobie przy okazji coś załatwić, np. sławę w mediach warszawskich.
Są więc dwie listy: Lista Jastrzębi i Lista Pingwinów. Nie mówimy, która lista jest lepsza. Zdecydowana większość publiczności polskojęzycznej gustuje w pingwinach, ale na wszelki wypadek podajemy tylko ich inicjały.

JASTRZĘBIE 2000 / 2001
Jastrząb jest uznawany za ptaka o niezwykłej wprost inteligencji. Lata i mieszka wysoko, ma świetny wzrok, bardzo dobrą orientację. Jest mobilny. Wie, co dzieje się na ziemi, nawet bardzo daleko. Nie ma konkurencji wśród ptaków, jeśli chodzi o zwrotność i szybkość lotu. Jest urodzonym mordercą. Robi straszne spustoszenie. Jest indywidualistą. Żyje samotnie (raczej). Niekonwencjonalny. W jego towarzystwie bardzo źle czują się ptaki słabo latające. Rzadko kiedy zdobywa popularność, ale budzi respekt.
1. Łukasz Gorczyca. Jastrząb warszawski. Miejski. Młody. Lansujący. Towarzyszący artystom i galeriom. Aktualny. Nieukładowy. Odważny. Tworzący niezależny kanał wypowiedzi - Raster. Współtwórca galerii. Walczący. Trochę rewolucyjny. Trochę popowy. Tępiący wszystko, co powstało przed 1998. Posługujący się nowym językiem w krytyce. Uwielbia realistyczne wątki społeczne i polityczne. Bez bla, bla i komunałów. Akceptuje malarstwo (Tarasewicz + Grupa Ładnie + Rogalski). Współpraca z Michałem Kaczyńskim, który też jest super OK. (współzałożyciel Rastra, kręci do Pegaza, fantastyczne poczucie humoru, uwielbia absurd, najwyższe w Polsce IQ, ciągle w ruchu, zaangażowany, towarzyszący artystom, założyciel galerii, niezwykle pożyteczny w oczyszczaniu zwalin i złogów sztuki polskiej, alergia na pingwiny), ale który nie podróżuje nad polskie morze (szkoda).
2. Łukasz Guzek. Jastrząbek krakowski. Już nie młody. Lansujący. Towarzyszy artystom. W swoim domu prowadzi galerię QQ. Jako jedyny w Polsce pisze pracę doktorską o instalacji. W dziele Cattelana zafascynowała go jedynie dziura w suficie. Jako jeden z nielicznych w kraju pisze o performance. Wydaje roczniki z galerii QQ. Czasem pisze do EXITU. Ma kontakt ze światową czołówką time base art. Podróżuje po Polsce i świecie. Poszukujący nowych metod analizy dzieła sztuki. Uwielbia eksperyment. Genetycznie nienawidzi plastyków i malarstwa. Wysoko szybuje nad Krakowem nie mając tam żadnej konkurencji oprócz Maszy Potockiej i profesora Porębskiego. Trochę zmęczony brakiem pisma artystycznego w bardzo kulturalnym, ale leniwym mieście Kraków.
3. Sebastian Wisłocki. Młody jastrząbek gdański. Nowa hodowla. Łatwo się uczy. Seria niezłych, odważnych recenzji w Wyborczej. Towarzyszy artystom i galeriom. Przeprowadził akcję poparcia dla Łaźni (wspólnie ze S. Łupakiem). Otwarty. Inteligentny. Błyskotliwy. Zaangażowany. W Krakowie nie mogą uwierzyć i wyjść z podziwu, że w Gdańsku jest ktoś, kto też potrafi pisać. Jak to w Gdańsku? Szkoda, że wyjeżdża na roczne stypendium do USA.
4. Adam Szymczyk. Jastrząb foksalowsko - warszawski. Lansujący. Towarzyszy artystom. Niezły wgląd w sztukę młodych (przed 40-tką). Zaangażowany. Kurator do wynajęcia. Towarzyszy Althamerowi i kilku ciekawszym artystom. Dużo pisze. Jako jeden z nielicznych krytyków publikował w nieistniejącym już SIKSI. Bardziej znany w środkowo-południowej Polsce. Nie dociera nad morze. Jesienią wybiera się do Bielska Białej.
5. Grzegorz Borkowski. Jastrząb o gołębim sercu. Błyskotliwy. Wrażliwy. Pracuje w gnieździe os - w Zuju. Redagował Obieg, potem nie, teraz "Magazyn Sztuki + Obieg". Być może do tej dziwnej koalicji dołączy wkrótce nieistniejący "Pokaz". Pisze niezłe teksty o performance i o sztuce żywej w ogóle. Ma siostrę w Nowym Jorku i w ten sposób jako jeden z nielicznych w Polsce ma bezpośredni kontakt ze sztuką i klimatami wielkiego świata.
6. Stach Szabłowski. Jastrząbek z przyszłością. Właściwie szerzej nieznany. Czujny. Bardzo zdolny. Napisał kilkanaście zdań o Janin. Bardzo młody. Szuka usprawiedliwienia dla wtórności sztuki współczesnej w stosunku do dekad ubiegłych. Pracuje w Zuju, co jest ryzykownym zajęciem w tak młodym wieku. Może ulec szybko skrzywieniu kuratorskim, czyli promowaniu sztuki pozbawionej jakiegokolwiek krytycyzmu wobec rzeczywistości. Podobno nieukładowy (plus). Unikający walki (minus). Nie angażujący się (minus).
7. Masza Potocka. Autentyczny jastrząb. Zdeterminowany. Z misją. Założycielka pierwszej prywatnej galerii w Polsce "PI" na początku lat 70-tych. W wolnej Polsce prowadzi galerię w Krakowie + muzeum w Niepołomicach. Lansująca. Towarzyszy artystom + ludziom progresywnym. Wielka szkoda, że nie została dyrektorem Zniechęty.
8. Andrzej Kostołowski. Radykalny jastrząb z doświadczeniem. Come back do realnego kontaktu ze sztuką. Obok nieżyjącego już Jurka Ludwińskiego najbardziej błyskotliwy krytyk i teoretyk sztuki w latach 70-tych. Właściwie mało się udziela, ale jednak jeździ, pracuje, pisze do ATReonu. Błyskotliwy, niezwykle precyzyjny, olbrzymia wiedza. Swoiste poczucie humoru. Ma duże zdolności dramaturgiczne i aktorskie, które wykorzystuje podczas wykładów. Gdyby był młodszy byłby rastrowcem.
9. Anonimy z Poznania. Dziewiąta pozycja za tzw. nic, czyli błyskotliwą recenzję z wystawy impresjonistów w Poznaniu opublikowaną w Rastrze. Klasyczna ucieczka od wielkiej sztuki w stronę brutalnego życia. Po lekturze recenzji chce się natychmiast zobaczyć wystawę. I o to raczej chodzi. Zapraszamy po odbiór nagrody w Ustce po okazaniu biletu z muzeum (znak rozpoznawczy). [przeczytaj recenzję anonimów z Poznania]
10. Andrzej Przywara. Jastrząb foksalowski. Publikuje, ale nie wiemy gdzie i co. Niezła orientacja. Sprytny. Lansujący zasoby Foksalu (obwoźny handel starzyzną) + kilku nowych młodych. Atakujący Europę (tylko jako kurator).
+++
PINGWINY 2000 / 2001
Pingwin jest też ptakiem, ale takim, któremu Ziemia wydaje się płaska. Nielot. Bezlot mówią inni. Ptak domator. Oportunista. Nigdzie nie podróżuje. Nie zna języków obcych. W kółko powtarza: tak, tak, tak jak w reklamie Ery, czyli bezkrytycznie i uparcie powiela zasłyszane opinie. Nawet po 25-ciu latach. Teksty pingwinów są napisane literacko poprawnie, ale kompletnie pozbawione sensu i ducha czasu. Pingwin źle znosi zbyt swobodną dyskusję, zwłaszcza dyskusję z własnymi poglądami. Pingwin nie wydatkuje energii, chociaż sprawia wrażenie, że jest zawsze bardzo zajęty i aktywny. Udaje pracowitego, chociaż dłubie tylko w przeszłości nie ruszając się od swojego gniazda. Żyje w skupiskach. Boi się i nie lubi innych ptaków, właściwie ich nie rozumie. I nie wie dlaczego latają. Jest oczywiście bardzo sympatyczny, trochę śmieszny, ale pożytku z niego niewiele. Na swój sposób ambitny i zawzięty. Typowy karierowicz. Psuje polską sztukę.


1. J. M. Zasłużony pingwin PRL-u. Wygrał z A. O. w ostatniej chwili. Po publikacji pewnego tekstu do pewnej wystawy o martwej naturze. Typowy zniechęcacz do nowych idei w sztuce. Nigdzie nie wyjeżdża. Każe przyjeżdżać do siebie. Najdalej w życiu był w Pile, Sieradzu i Gliwicach. Normalnie, codziennie obskakuje wszystkie redakcje (+TVP) w pewnym kulturalnym mieście. Ma tik nerwowy. Kiedy mówi przed kamerą: jedną ręką drapie się po łysinie a drugą po pupie (jednocześnie). Jest dyżurnym komentatorem od wszystkiego. Redakcje chętnie publikują najgłupsze teksty i wypowiedzi J.M., ponieważ są najmniej wymagającymi redakcjami w kraju. W tym mieście panuje klasyczny konflikt pomiędzy niezłymi krytykami (których jest kilku) i artystami (kilkunastu) a dziennikarzami nowej generacji (przyjezdni, świeżo po studiach, tzw. media-workers), którzy tak samo jak J.M. nienawidzą sztuki współczesnej i najchętniej by ją obśmiali. Ale im nie wypada i nie wiedzą jak to zrobić. J.M. wie i bryluje niepodzielnie. Z powodzeniem lansuje przeciętność i postawy wsteczne.

2. A. O. Wieczny pingwin. Pingwin gigant. Pingwin szkodnik. Pingwin stękacz. Kiedyś naczelny pingwin PRL-u. Pierwszą legitymację dziennikarską wręczono mu w styczniu 1951 roku, kiedy nie było nas jeszcze na świecie. 1966-81 szkodził sztuce i artystom w socjalistycznym tygodniku "Kultura". Po 1990 załapał się do gazety należącej do koncernu "Agora". Ten, kto go nadal zatrudnia już zgłupiał kompletnie. Nienawidzi każdej sztuki, która nie jest podobna do historycznej grupy "Wprost". Nigdzie nie wyjeżdża. Nigdzie nie bywa. Nic go nie interesuje. Nikt nie prosi go o opinię. Ocieka apatią. 10 lat temu nie wiadomo dlaczego przyjechał do Krakowa, gdzie próbował udowodnić, że prawdziwi i niezależni artyści to ci, którzy wystawiali kiedyś w kościołach. Reszta się nie liczy. Nie wiadomo dlaczego uważa się za chrześcijańskiego opozycjonistę. Jest raczej cwanym oportunistą. Nienawidzi Zuja, instalacji, Klamana, Kozyry i Żebrowskiej. Zachęca do cenzurowania sztuki. Nie interesuje go dyskusja merytoryczna. Pingwin szkodnik. Publikuje też w nieistniejącym piśmie "Pokaz".
3. T. N. Następny pingwin z pewnego kulturalnego miasta. Tytuł zdobyty po rewelacyjnie pokrętnej publikacji tekstu na temat sztuki współczesnej w Rzepie w związku z aferą w Zniechęcie wokół Cattelana. Właściwie niewiele wie o sztuce współczesnej. Nigdzie nie wyjeżdża. Swoje miejsce pracy w odróżnieniu od domu nazwał "inny świat" i to mu już wystarcza. Jest autorytetem dla pingwinów przed 60-tką oraz wyjątkowo słabych redakcji w pewnym kulturalnym mieście.
4. A. M. Pingwin PRL. Strachliwy. Ostrożny. Cienko blablający. Kochający (bez wzajemności) Dudę Gracza. Publikuje w Art & Bussines. Nigdzie nie wyjeżdża. 16 lat temu był widziany w Zielonej Górze. Zastępca kierownika redakcji publicystyki kulturalnej programu 1 TVP. Pracuje w Komisji Etyki TVP, orzeka o zgodności postępowania dziennikarzy i pracowników programowych z "Zasadami etyki dziennikarskiej w Telewizji Polskiej S.A." W każdej chwili może zamknąć Pegaz. Moralista z PRL-u. Beznadziejny.
5. J.D.G. Pingwin od urodzenia. Pingwin Lepper. Załapał się na listę, ponieważ przy każdej okazji wygłasza prymitywne sądy o sztuce współczesnej. Np. w regionalnej TVP: instalacja sracja. Są świadkowie. Ma wielu kumpli, którzy go uwielbiają. W stanie wojennym został wytypowany przez innego pingwina J.M. na Biennale w Wenecji (1984). Uwielbia władzę a władza jego. Odznaczony m.in. Krzyżem Komandorskim OOP - chyba za Jaruzelskiego albo Kwaśniewskiego. Nie podróżuje, bo uważa Polskę za najbardziej fascynujący kraj na świecie. Profesor Uniwersytetu Śląskiego i Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie. Zgroza.

6. F. S. Pingwin przypadkowy. Po słynnym wystąpieniu w dzienniku TVP, gdzie wyraził zgoła zaskakującą opinię krytyczną o instalacji Cattelana: "jest to zła rzeźba, bo jest za mała o 30 % a architektura warszawska jest wyjątkowo słaba" - uprzedzając w ten sposób następne pytanie dziennikarza o konflikt wokół pewnego projektu architektonicznego w Warszawie.

7. M.R. Pingwin nijaki. Nieznany. Trochę ambitny. Piszący dla kultowego (30 lat temu) miesięcznika, który wziął swoją nazwę od pewnej rzeki w Polsce. Dla ułatwienia podajemy, że nie jest to Warta, Pilica ani Bug. Ciągle pisze to samo i coraz gorzej. Pisze o tym, co widzi i słyszy w rzece lub wokół niej. A że z wiekiem słyszy i widzi coraz gorzej, tak więc jego teksty są już żałosne. Nigdzie nie wyjeżdża, nawet do Opola. Szkodzi lokalnie.
8. D.J. Pingwin warszawski o wyjątkowo mylącym inicjale. Pingwin zdolny leń. Nie towarzyszy artystom i właściwie ich nie lubi. Pingwin zdegustowany. "I znów to samo mi się nie podoba." Każdego zniechęca do oglądania wystaw. Nie podróżuje. Nigdzie. Pisze tylko o Warszawie, chociaż ostatnio widziano go w Krakowie na Popelicie. Praca dom, dom praca. Pracuje w jednym z największych dzienników w Polsce. Pisze coraz słabiej i rzadziej. Widoczny awans w redakcji. Nie musi już tak dużo pracować. Może pisać byle co. Czasem szkodzi. Coraz bardziej upodabnia się do pingwina stękacza A.O. wg reguły, kto z kim przestaje takim się staje.
9. M.M. Pingwin warszawsko-wołomiński. Pingwin bez własnego zdania. Pingwin chaotyczny. Pingwin pływak. Pingwin zajęty wyraźnie czymś innym niż pisanie o sztuce i oglądaniem wystaw nawet tylko w Warszawie. Widocznie mieszka w Wołominie. Nie podróżuje. Nigdzie. Praca dom, dom praca. Pracuje w jednym z największych dzienników w Polsce. Informacje o sztuce czerpie z serwisu PAP lub z innych gazet. Lub od kolegów i koleżanek. Reportaż z weneckiego biennale napisany został na podstawie katalogu. Bardzo słaby warsztat. Nie szkodzi bezpośrednio. Pośrednio tak.

10. P. S. Pingwin policjant. Uwielbia pilnować porządku. Zakompleksiony, nie towarzyszy artystom ani galeriom, bo nie wie jak się zachować. O galeriach pisze efektowne dyrdymały. O artystach też. Organizujący znane rankingi. Pingwin snobujący się na sztukę współczesną. Pingwin, który chciałby być jastrzębiem i pingwinem jednocześnie. Publikuje w poważnym tygodniku. Pingwin, który odbył kiedyś dwie historyczne podróże do Krakowa i Gdańska. I na podstawie zebranych wówczas informacji buduje każdą swoją następną wypowiedź. Nieustannie powtarza te same opinie. Nawet zdania. Np. prowokacja to "sól sztuki". Ciekawe, czy nadal będzie to powtarzał, kiedy zobaczy swoje inicjały na 10-tym miejscu? Przypuszczalnie ma komputer i fascynują go ikonki "kopiuj", "wklej". Nigdy nie był we Wrocławiu ani Poznaniu. Podobno celowo. Musiałby zmienić swoje zdanie o sztuce w Polsce. Jako typowy pingwin pochodzący z prowincji uwielbia stolicę i ceni sobie swój awans społeczny. Notorycznie myli lub przekręca nazwiska artystów. Przypuszczalnie nie zna angielskiego. Ostatnio był w Wenecji, podobno niewiele zrozumiał, pożałował pieniędzy na drogi katalog, ale tak czy owak zaszokował inne pingwiny. Wsławił się tym, że zaatakował kiedyś pingwina stękacza A.O.

Władysław Kaźmierczak
[22.07.2001]