|
A_R_C_H_I_W_U_M
|
|
felietony/eseje/artykuły
VI - IX 2003
|
"Artysta
jest istotą upartą i szaloną" mówi Ilya Kabakov, zaś Urszula Ussakowska
Wolff pisze dla "Rastra" o tym, jak w ziemiańskim majątku we
wschodniej Westfalii ów sławny artysta zrealizował jedno ze swoich marzeń. |
SPOTKANIE
Z ANIOŁEM |
![]() |
"Trzeba być szalonym" - zgodni byli Ilya Kabakov i Thomas Kellein, dyrektor Kunsthalle w Bielefeldzie podczas otwarcia tegorocznych "Małych Rajów" we Wschodniej Westfalii. Terenem letnich, odbywających się po raz czwarty inscenizacji plenerowych jest po raz trzeci z rzędu park majątku ziemskiego Böckel w niewielkiej gminie Rödinghausen. To - zdaniem Kabakova - "miejsce o fantastycznej aurze, zupełnie jak w sanatorium". |
|
|
![]() |
Statyka
i romantyka |
![]() |
Trybuna
Tatlina & Jakubowa Drabina |
Emilia
& Ilya Kabakov, "Meet The Angel", Gutspark Böckel, Rilkestrasse
18, Rödinhausen codziennie od 11:00 - 18:00; do 28.09.2003 |
![]() |
Sztuka wystawiana i oglądana w londyńskich galeriach, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia się w towar. W galeriach wszystko jest towarem i w estetyce towaru jest podawane, na eleganckich, białych ścianach, w dyskretnej, enigmatycznej atmosferze. O dziwo ten sam mechanizm działa również na oficjalnych, sponsorowanych z publicznych środków, eksportowych wystawach brytyjskich artystów. Wszystko jest tu starannie i bez zbędnych emocji wymyślone, zaprojektowane i zrealizowane, wszystko zapięte na ostatni, tak jakby ktoś zapomniał, że przecież książęcy wzór elegancji przewiduje pozostawienie ostatniego guzika w marynarce nie zapiętym. |
IMPERIUM
ATAKUJE. Epizod II |
|
W
zeszłym tygodniu opisaliśmy gorączkę londyńskiego życia artystycznego.
Dziś dalszy ciąg opowieści o tym, jak Zjednoczone Królestwo stworzyło
imperium sztuki i jak za jej pomocą podbija ziemie pogan. |
|
![]() Jun Hasegawa "Body#2" 2000 |
|
|
|
|
| BC,
YBA i PR Właściwie można tylko zazdrościć brytyjczykom, potężnej siły przebicia ich sztuki, ich instytucji, i ich pieniędzy oczywiście. Nie wypada tu jednak popadać w cynizm, bowiem przyznać trzeba, że brytyjska polityka artystyczna może budzić uznanie - The British Council wspiera wyłącznie artystów dobrych i bardzo dobrych, takich, którzy zyskali już uznanie czy choćby przychylne opinie specjalistów: krytyków, kuratorów. Rzeczowa pracowniczka warszawskiego oddziału The British Council wyjaśniła nam, że istnieje nawet coś w rodzaju centralnej bazy danych artystów współczesnych obejmującej właśnie tych najciekawszych. Oficjalna zasada przewiduje, że The British Council na całym świecie może wspierać wyłącznie projekty artystów, których nazwiska znajdują się w tej na poły mitycznej bazie danych. Sukces i ekspansja brytyjskiej sztuki opiera się jednak nie tylko na sprawnych, dobrze naoliwionych pieniędzmi mechanizmach promocji, ale także na umiejętnych i efektownym public relations. Brytyjska scena generuje nie tylko głośnych artystów, ale przede wszystkim kompleksowe zjawiska. Lata 90. upływały pod znakiem rządów generacji YBA czyli Young British Artists (z Damienem Hirstem na czele), której filarami były i Saatchi Collection i słynna londyńska galeria White Cube. Reprezentanci YBA - dziś potężne gwiazdy rynku sztuki - są chętnie wystawiani w ramach projektów The British Council, być może dlatego, że ich głośne nazwiska przyciągają publiczność niemal wszędzie na świecie, a może też dlatego, że kontrahenci The British Council, zwłaszcza z krajów o mniej bujnym życiu artystycznym (jak np. Polska) są złaknieni pokazywania lokalnej publiczności gwiazd światowej sztuki. Z drugiej jednak strony potężne wsparcie z publicznych środków zyskują również projekty i artyści prezentujący nową falę brytyjskiej sztuki, jeszcze nie tak sławni, nie tak bogaci i jeszcze nie na trwałe wpisani w artystyczny establishment. Teraz na przykład, gorącym hasłem brytyjskiego PR artystycznego jest sztuka szkocka. |
|
Jim Lambie, "Paradise Garage" (wystawa w Szkockim pawilonie w Wenecji w Palazzo Giustinian-Lolin), 2003; Photo: Jerry Hardman-Jones |
|
|
|
Modne
szkockie kratki i paskiNowa brytyjska fala, w przeciwieństwie do brylujących pod hasłem "Sensation" YBA, promowana jest w mocno intelektualnej otoczce. Z drugiej strony, większość wziętych Szkotów w swojej sztuce niemal monotematycznie gra z kliszami i konwencjami modernizmu. Martin Boyce, Toby Patterson, Jim Lambie czy Lucy McKenzie zabawiają się z grypsami nowoczesnego designu i architektury, czasem uderzając w bardziej zaangażowany, antykonsumerski lub polityczny ton, a czasem nie. Prowadzona przez nich de- i re- konstrukcja modernizmu przybiera czasem dosyć lekki, nawet nie pozbawiony humoru ton w czym celuje zwłaszcza Jim Lambie. Jego ostatnie serie prac, pokazywane m.in. na biennale w Wenecji to właściwie wesołe wariacje na temat architektury, rzeźby i designu, ale też niewiele więcej niż zabawne wariacje. To samo obejrzane na stoisku targowym wygląda już znacznie mniej śmiesznie niż w XVII-wiecznym wnętrzu weneckiego pałacu. Ot, kolorowa, nowoczesna sztuka, o której łatwo mówić współczesnym językiem: zsamplowana, zdeformowana, didżejska, skejtbordowa etc. Sztuka, która rozgrywa się na gładkiej powierzchni rzeczy i rzeczywistości, co zresztą bywa przecież intrygujące i wciągające. Tymczasem pewne jest przede wszystkim to, że szkockie paski Lambiego i posypane brokatem adaptery są dziś modne jak szkocka krata. Jeśli zaś chodzi o adaptery, to środowisko ScotArtu należy bez wątpienia do najbardziej umuzykalnionego, to generacja didżejska ze wszelkim tego artystycznymi i zabawowymi konsekwencjami (party zorganizowane z okazji otwarcia szkockiej wystawy na biennale w Wenecji uświetnił koncert Jimmiego Tenora, który wypadł doprawdy blado na tle znakomitych szkockich didżejów). |
|
![]() Martin Boyce, White Disaster, 2000, dzięki uprzejmości Johnen + Schöttle Galerie, Kolonia |
|
| Na
krawędzi pustki Póki jednak ScotArt stanie się na całego eksportowym towarem Zjednoczonego Królestwa (od tej chwili dzielą nas chyba już tylko godziny), zajrzyjmy raz jeszcze do letniego informatora The British Council. Po świecie podróżuje aktualnie ponad 20 objazdowych wystaw współczesnej sztuki i designu przygotowanych przez tę instytucję, a wraz z projektami przez nią wspieranymi jest tego ponad 50! Szczególnie łatwo trafić na produkty The British Council podróżując po naszej części Europy. Właściwie zupełnie przypadkiem trafiliśmy na jedną z takich wystaw w Domu Sztuki w czeskim Brnie, wiosną tego roku. Na miejscu angielski kurator zatrudniony przez The British Council, obszerny pokaz kilkunastu artystów młodszego pokolenia "ale już rozpoznanych" i zgrabny katalog. Tytuł: "Tailsliding". "Tailsliding" to nazwa jednej z figur skejtbordowych - przejazd końcówką deski po krawędzi murka lub innej struktury architektonicznej. Wykonanie tej sztuczki wymaga - wedle opisu w katalogu - "równowagi, wprawy, umiejętności, opanowania i... dobrych nerwów". Zgrabna metafora. Na wystawie kolekcja abstrakcyjnych przeważnie obrazów i rzeźb. Cynicznie abstrakcyjnych, bowiem każda z prac prowadzi w istocie wyrafinowaną grę z artystycznym kunsztem, tradycją sztuki abstrakcyjnej i różnymi, współczesnymi estetykami i materiałami. W praktyce - skrajnie nużący pokaz warsztatowej wirtuozerii (te tworzywa, te kolory, ta pracochłonność...), skrajnie wyspekulowana kreacja, eksploatacja i remiksacja różnych estetyk, która daje dobre pojęcie o tym jak niebywale ulotnymi (by nie powiedzieć zbytecznymi) zjawiskami może zajmować się artysta. Słowem, efektowna jazda na krawędzi pustki (Dj Simpson wyrzyna esy-floresy w grubej sklejce, Clare Woods rozlewa kolorowy lakier na płytach MDF, Jim Lambie przypina opaski do włosów do swoich brokatowych adapterów etc.). Ujmujące. |
|
![]() Matt Franks "Fooooom!!", 2000 (wystawa "Tailsliding" w Domu Sztuki w Brnie) |
|
W
którym punkcie znika sztuka?Prawdę mówiąc byliśmy w jakimś stopniu dumni z tego odkrycia. W malowniczym mieście Brnie nakryliśmy brytyjską sztukę na gorącym uczynku, a dokładniej - nakryliśmy ją w śmiertelnym bezruchu. Zobaczyliśmy jakby sztukę bez sztuki, samo opakowanie po sztuce. I zaczęliśmy się nad tym na serio zastanawiać. Jak to możliwe, że wielkie imperium wytwarza coś tak autodemaskatorskiego? I jak to możliwe, że różne głośne nazwiska sygnują tak zupełnie pozbawione rezonansu prace? Czy to może tylko wystawa makiet? A jeśli nie, jeśli to faktycznie już "wszystko"? Pomyśleliśmy wówczas, że być może to co do nas dociera w postaci "wystawy młodej sztuki brytyjskiej", to po prostu dalekie echo sztuki i artystów, którzy w procesie galeryjnej, kuratorskiej i instytucjonalnej obróbki zostali po prostu całkowicie wyzuci z autentyczności i sugestywności, tak samo jak kotlecik u McDonaldsa jest odległym wspomnieniem mięsa. Byłoby intrygujące - rozumowaliśmy dalej - dotrzeć do tego miejsca, czy też punktu w czasie, gdzie sztuka ulatuje ze sztuki, gdzie traci swoje naturalne kulturowe otoczenie (a wraz z nim cały sens) i zaczyna być obiektem wystawowym (jak to zostało opisane w poprzedniej części, w Londynie nie udało nam się odkryć tego magicznego i być może nieistniejącego wcale punktu). Jednakże, prawdę powiedziawszy, mieliśmy również cichą nadzieję, że całe te rozważania są zbyteczne, że oto w istocie mamy do czynienia z absolutną i bezwarunkową klapą, że wewnątrz kolorowego pudełka nie ma nic, a imperium jest kolosem na glinianych nogach. Wówczas też podjęliśmy decyzję, że "o tym trzeba napisać. Ten tekst miał więc powstać dużo wcześniej, ale kilka dni później byliśmy w Budapeszcie. |
|
|
|
![]() Chad McCail - jeden z bilbordów przed Mucsarnok w Budapeszcie |
|
![]() |
Ostatnie lata były ciężkie dla rodziny królewskiej, ale za to brytyjska sztuka rośnie w siłę obudowana armią publicznych i prywatnych instytucji, galerii i kolekcjonerów. British Council i Saatchi Collection to dwie chorągwie brytyjskiego imperium artystycznego, a zamożny i wciąż rosnący w siłę londyński rynek prywatnych galerii doczekał się w końcu również markowych targów sztuki. Tej jesieni po raz pierwszy odbędą się w Londynie Frieze Art Fair z udziałem najbardziej prominentnych galerii z Europy i Ameryki, impreza która z miejsca zapewne rzuci głęboki cień na mozolnie budujące swą pozycje targi sztuki współczesnej w Berlinie, a może i na wszelkie inne tego typu spędy (no, może za wyjątkiem niezatapialnych targów sztuki w Bazylei). Postanowiliśmy więc bliżej przyjrzeć się artystycznemu mocarstwu. Przez ostatnie miesiące tropiliśmy ścieżki, którymi podążają zbrojne hufce, wdzieraliśmy się na ich tyły i sprawdzaliśmy czy oby nogi kolosa nie są - jak w "Cepelii" - ulepione z gliny. |
IMPERIUM
ATAKUJE |
|
![]() Ron Mueck, Angel, 1996, 110x87x81 cm, silikon i inne materiały, Saatchi Collection |
|
|
166 galerii |
|
| Artyści
do cel produkcyjnych! Wschodni Londyn to największe w Europie skupisko artystów - mówi Jenny Baines, jedna z nich. Wokół nich, nawet w tej stosunkowo taniej dzielnicy, rozwija się autentyczny przemysł artystyczny. Kolejne poindustrialne budynki przerabiane są z bezlitosną konsekwencją na pracownie dla artystów: ciężarówka wypełniona płytami gipsowymi i sprawna ekipa majstrów szybko dzieli przestronne lofty na identyczne studia-cele dla artystów, 5x5 metrów z dużym oknem; w jednym budynku kilkadziesiąt pracowni, ekipa kończy jeszcze montaż ścian, a jednocześnie inni już wnoszą obrazy (widocznie są tu też firmy, które od razu wyposażają pracownie w gotowe dzieła sztuki). I w ten sam sposób, w zastraszającym tempie, sztuka anektuje, jeden po drugim, kolejne budynki... Skutkiem ubocznym tego artystyczno-galeryjnego boomu są i takie przypadki, że ktoś raptem zostaje szefem dwóch albo trzech galerii o całkowicie odmiennym profilu: we wschodnim Londynie prowadzi offową przestrzeń, a w centrum jedną z twardych, komercyjnych galerii reprezentujących gwiazdorów międzynarodowej sceny artystycznej, a przy okazji udziela się jeszcze w galerii architektonicznej. I w zasadzie nie wiadomo co gorsze. Bo w najbardziej renomowanych, bogatych galeriach w centrum, tak samo trudno trafić na interesującą wystawę, a zniszczona zapachem pieniędzy atmosfera jest rzecz jasna dużo gorsza niż "na wschodzie". Oczywiście, od czasu do czasu można temu zaradzić - sławny White Cube, teraz ulokowany w imponującym, samodzielnym budyneczku przy Hoxton Sqaure, znany jest z tego, że podczas wernisaży serwuje darmowe piwo. Dlatego, zgodnie ze wskazówką miejscowych opiekunów, przed wizytą w jednej z offowych galerii, zakręcamy na Hoxton Square na kilka darmowych butelek Asashi. Symptomatyczne jednak, że najładniejsza, szczytowa, całkowicie przeszklona część rozbudowanego budynku White Cube, jest dla zwykłej publiczności niedostępna. |
|
![]() Damien Hirst, Some Comfort Gained From The Acceptance Of The Inhernet Lies In Everything (fragment), 1995, krowy w formalinie, stal, szkło, 12 gablot 200x90x30 cm, Saatchi Collection |
|
|
|
Kolekcjonerzy
i widzowieW tym miejscu jeszcze jedna, wiele tłumacząca uwaga. W Londynie sztuka musi być i jest droga, ponieważ tu nie kupują jej normalni ludzie, a jedynie Kolekcjonerzy. Kolekcjoner to określenie umowne, oczywiście, to na ogół konkretna osoba, jednak jej Kolekcja to zwykle zbiór o charakterze zinstytucjonalizowanym - z własnymi pracownikami, doradcami etc. Wszystko kręci się tu więc wokół przyjemnie zamożnych Kolekcjonerów, przemysłowców czy biznesmenów, i w istocie to wcale nie klasa średnia - jak życzeniowo myślimy o tym w Polsce - lecz klasa stanowczo ponad-średnia utrzymuje tu rynek sztuki. Wszystko to nie znaczny jednak, że tzw. zwyczajna publiczność została całkowicie wyrzucona poza nawias. Po pierwsze do tych wszystkich, najbardziej nawet zamożnych galerii może przyjść każdy, a po drugie ofensywę na szeroką, nie tylko ściśle artystyczną publikę, prowadzą wielkie publiczne instytucje, takie jak Tate Gallery, która stara się jak może być jeszcze większa i bardziej atrakcyjna, choć - mimo dwóch dużych gmachów w Londynie - wciąż musi ostro selekcjonować swoje zbiory. Może się więc tak zdarzyć, że nie uświadczysz na ekspozycji ani Hockneya, ani Gilberta&George'a, ani Richarda Hamiltona, ani wortycystów, bo widocznie tymi rodzimymi twórcami tutejsi muzealnicy czują się znużeni. |
|
Gabinet
cudówTymczasem konkurencja nie śpi. To nie publiczna Tate Gallery lecz prywatna Saatchi Collection, zlokalizowana teraz również na nadbrzeżu Tamizy, tworzy prawdziwy artystyczny spektakl dla mas. Od niedawna urządzona jest w imponujących wnętrzach i historyzującym wystroju, w najbliższym sąsiedztwie London Eye - największego w Europie diabelskiego koła (z gondolek widać cały Londyn) oraz stałej wystawy 500 dzieł Salvadora Dalego i chińskiej restauracji. Trudno o bardziej wymowne sąsiedztwo. Tu, w przeciwieństwie do kolekcji publicznych, za wejście się płaci i to sporo (dorośli 8,5 funta, zniżkowy 6,5; 1 funt = ok. 6,5 plz). Po drugiej stronie rzeki wznosi się parlament, a tu prawdziwa rewia artystycznej sensacji, wunderkamera godna XXI stulecia. Saatchi-kolekcjoner stworzył jednoznaczny i do bólu efektowny obraz brytyjskiej sztuki lat 90., w dodatku uświetniony aurą permanentnego skandalu. Nazwa głośnej, objazdowej wystawy z jego zbiorów - "Sensation" - tłumaczy właściwie wszystko. W największej, okrągłej sali zwieńczonej kopułą zgromadzona została sama esencja: rekin w formalinie Damiena Hirsta, jego gigantyczny model anatomiczny ludzkiego ciała, pachnące seksem, alkoholem i innymi używkami łóżko Tracey Emin, Chrisa Ofiliego obraz Madonny otoczonej wyciętymi z pornosów cipkami ustawiony na kulach ze słoniego łajna, poćwiartowane nagie ciała rzeźb braci Chapman, poruszająca, werystyczna figura "Martwego ojca" Rona Muecka, portret dzieciobójczyni namalowany przez Marcusa Harveya odciskami dziecięcych dłoni i autoportret wyrzeźbiony z zamrożonej, własnej krwi przez Marca Quinna. To tylko wybór. Uff. Trudno przejść obojętnie wobec tej manifestacji artystycznych cudów i rzeczy "które się w głowie nie mieszczą", gdyby świat starożytny jeszcze istniał i nadal prowadził swój ranking cudów świata, to pewnie ta sala by się załapała jako gromadząca niezapomniany zestaw maszyn do mentalnego wstrząsu umysłami filistrów. Sztuka odnalazła tu dla siebie na swój sposób satysfakcjonującą definicję. |
|
![]() Marc Quinn, Self, 1990, Saatchi Collection (rzeźba wykonana z zamrożonej krwi artysty) |
|
|
|
![]() Simon Patterson, The Great Bear, 109x135 cm, Saatchi Collection - fragment pracy, w lewym górnym rogu podgląd całości |
|
za
tydzień część druga - o tym jak imperium podbija ziemie pogan, czyli jak
Wielka Brytania zalewa swoją sztuką Wenecję i resztę Europy. |
|
MIĘKKIE PODBRZUSZE ARCHITEKTURY |
![]() |
| Tego lata, na dwóch krańcach Polski, dwie międzynarodowe wystawy w podobnych, na wpół dzikich przestrzeniach architektonicznych. Jedna o pułapkach kina ("Ukryte w słońcu" w Cieszynie - pisaliśmy o niej 2 tygodnie temu), druga o lepkich mackach architektury, o tym jak obłapia ona nasze ciała i zmysły - "Zauroczenie, zakłopotanie i zagubienie. Emocja przestrzenna we współczesnej sztuce i architekturze" w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku. Dziś więc będzie o zauroczeniu i zakłopotaniu. |
| Nie mogło być inaczej, ta wystawa rozgrywa się równolegle w dwóch przestrzeniach. Jedną budują poszczególne prace, ujawniając niezwykłe obrazy, obszary, emocje i historie. Druga to fizyczna przestrzeń gdańskiej Łaźni, gmach wciąż tylko na poły oswojony, wciąż pełen ślepych zakamarków i na wpół zrujnowanych pomieszczeń. Trudno sobie wyobrazić lepszą oprawę dla wystawy, której głównym tematem są emocje wzbudzane w ciele i podświadomości człowieka przez architekturę. Niczym w domu strachu, za sprawą specyficznej architektury galerii emocje zawarte w pracach artystów gwałtownie mnożą się i potęgują. W efekcie powstała jednorodna, ciągnąca się przez trzy piętra, bardzo poetycka, wciągająca mentalnie i fizycznie opowieść. Trzeba jednak z miejsca uprzedzić, że ton tej opowieści jest raczej mroczny, a i puenta przygnębiająca. Piwnica i parter - miejsca ze śmiercią |
![]() "Miasta" Katarzyny Józefowicz |
Pierwsze
piętro - brzuch architektaUczucie lęku narasta, gdy uświadomimy sobie, że prawdopodobnie to nie tylko chora wyobraźnia artystów lecz że to specyfika różnych, istniejących naprawdę miejsc, że sama architektura wywiera na nas (o)presję. Czy to tłumaczy dziwne zachowanie bohaterów filmu Markusa Schinwalda? Kilkanaście zapętlonych sekwencji przedstawia sceny z opuszczonego hotelu, w którym wciąż przebywa bez wyraźnego celu kilka osób. Mężczyzna w windzie wytrzepuje tumany kurzu z własnej marynarki, starsza kobieta wspiera głowę na dziwnej metalowej konstrukcji, ktoś inny tkwi w garniturze ze związanymi z tyłu rękawami. Jest tu korytarz, lustra, winda, wnętrza szaf i pokoi, brakuje jedynie wyjścia. Podobnie w pracy Moniki Sosnowskiej - kolejnej jej wariacji na temat drzwi i (nie)możliwości wyjścia - kolejne otwierane drzwi są coraz mniejsze, aż do miniatury w bajkowej skali krasnoludka. Oczywiście nie da się przez nie przejść. Obok wznoszą się misterne "Miasta" z papieru Katarzyny Józefowicz, które drwią z optymistycznej, modernistycznej idei "szklanych domów". Przestrzenne wycinanki Józefowicz to nieprawdopodobny obraz klaustrofobicznego, trójwymiarowego labiryntu utkanego z miniaturowych struktur architektonicznych, jakby omyłkowo sklejony wielki model architektoniczny. Coś w pewien sposób podobnego, tyle że na płaszczyźnie obrazu przedstawia H. R. Giger - to z kolei senne, erotyczne wizje świata alogicznie zdestruowanego, działającego według jakiejś kosmicznej, obcej mechaniki. Doprawdy przerażające i podniośle obrzydliwe. A jeśli postąpić kilkanaście stopni w dół ujrzeć można jeszcze w ślepo zakończonym korytarzu projekcje wideo amerykańskiej grupy Aziz&Cucher, która przedstawia niewyraźne wnętrze architektoniczne zbudowane ze skóry. Brzuch architekta? |
![]() Jabe i Louise Wilson |
Drugie
piętro - odwołany lotNa ostatnim piętrze skonstruowana ze stalowych rur, łańcuchów i szkła instalacja "Stonewall" Moniki Bonvicini, która sprowadza architekturę do roli narzędzia opresji i przemocy, dzielenia przestrzeni i rozdzielania ludzi. I wydawałoby się, że już nic bardziej depresyjnego nie może nas spotkać, gdy wchodzimy do ostatniego pomieszczenia wystawy z czteroekranową projekcją wideo sióstr Jabe i Louise Wilson. Film oprowadza nas po niezwykłych wnętrzach "gwiezdnego miasteczka" pod Moskwą - radzieckiego centrum badań kosmicznych. Futurystyczna architektura sprzed pół wieku i równie zaawansowane wiekiem urządzenia służące treningowi kosmonautów, symulatory lotu i modele stacji kosmicznych zanurzone w wodzie, w smutny sposób puentują całą wystawę. Oto bowiem marzenia o przestrzeni i architekturze kosmicznej okazują się z perspektywy czasu (i wystawy) podlegać dokładnie tym samym ziemskim prawom co, nie szukając daleko, architektura starego hotelu. Podstarzały futuryzm potrafi być równie staroświecki, równie zakurzony i równie klaustrofobiczny. Przed architekturą nie ma ucieczki (nawet w kosmos leci się w śmiesznym i ciasnym "domku"), a ona - architektura - nosi w sobie wszelkie żywotne i śmiertelne znamiona, tego kto ją wymyśla i tworzy - człowieka. Jest przy tym szczególnym obszarem ludzkich fantazji, straszy, uwodzi i gwałci. I mimo, iż przecież nie w każdym domu czai się śmierć, w pustawych przestrzeniach gdańskiej Łaźni (lato?) sens tej wystawy uwydatnia się znakomicie. I choć to bardzo dobra wystawa, ani dla widza, ani dla instytucji nie niesie obiecującego przesłania. Ot, uwodzące, ale mroczne doświadczenie w środku lata. [9.08.2003] |
| Adam
Szymczyk, nowo mianowany dyrektor Kunsthalle w Bazylei, już urzęduje w
Szwajcarii. Kreatywne urzędowanie we współczesnej instytucji artystycznej
polega jednak w dużej mierze na podróżowaniu. Adam wrócił właśnie z krótkiego,
ale zaskakująco ciekawego wypadu do Turynu. Oto jego relacja - przygotowana
specjalnie dla czytelników "Rastra" |
NOWOCZESNOŚĆ
JAKO ZOMBIE Korespondencja z Turynu |
![]() |
|
|
Pinakoteka
w tramwaju
|
| Nowoczesność
- tytułem wyjaśnienia W Polsce debata nad postmodernizmem/ponowoczesnością w dziwny sposób wymijała kwestię możliwej do uzgodnienia definicji modernizmu/nowoczesności. Postmodernizm miał u nas raczej fatalną reputację - perwersja, trochę jak żabie udka - i nie mogły tego zmienić wysiłki literatów czy filozofów-zapaleńców, cierpliwie spolszczających pisma postmodernistycznych autorów, by trafiły pod strzechy. Nazwisko Derridy z trudem znalazło drogę do druku i nie zmienił tego doktorat honoris causa, przyznany mu przez jeden z polskich uniwersytetów. Poza tym przedrostek "post-" to hak wbity w ścianę, która u nas prawie nie istnieje jako intelektualny punkt odniesienia. Modernizm chyba przespaliśmy, zanurzeni w nieuleczalnych złudzeniach historyzmu. No bo "post-" - co właściwie? Post- jaki modernizm? Modernizm wciąż kojarzy się nam bardziej z kilkoma prądami literackimi i artystycznymi przełomu XIX i XX w., raczej z Secesją i z Młodą Polską, a trochę może z architekturą lat 30., niż z awangardą, a już na pewno nie ze sztuką powojenną do końca lat 60. (tu Zachód lokuje powolny rozpad modernistycznego paradyGnatu). Poza tym nowoczesność/współczesność była bojowym hasłem zużytym przez realny socjalizm: stąd dobrotliwa rezerwa, z jaką stuletni koryfeusze polskiej kultury podchodzą dziś do sztuki współczesnej. Pachnie komunizmem, zboczeniem, kończy się toto najpewniej krzyżowaniem jaj. A i mało kto przyjmuje do wiadomości, że modernizm mógł zacząć się już w 5 wieku n.e. w Rzymie, gdzie termin ten odróżniał chrześcijańską "współczesność" od pogańskiej "przeszłości"; że nowoczesność sztuki renesansowej podkreślał Vasari. I że kolejna nowoczesność to Oświecenie, ścisły rozdział nauki, sztuki i spraw moralności. To również "dzisiejsze czasy", nowoczesność Baudelaire'a, po mistrzowsku remiksowaną przez Waltera Benjamina. I wreszcie nasza ponowoczesna nowoczesność, której śmierć głośno obwieszczano już tyle razy, ze powstała z płytkiego grobu i znowu krąży po Europie. |
| Wystawa
jako kopalnia odkrywkowa |
![]() praca Jorge Pardo |
| Półotwarte
półprzestrzenie Ta zaś jest smakowicie wykurowana. Jednolita, wydłużona przestrzeń pinakoteki została dyskretnie i nieregularnie przedzielona niewielkimi boksami, w których pokazywane są przede wszystkim prace wideo i których ściany tworzą jednocześnie przytulne kąty ze ścianami głównymi, półotwarte półprzestrzenie o skromnej skali, świetnie nadające się do pokazywania rzeźb i instalacji. Architektura wystawy to wyrafinowana mutacja "white cube" - obecność śnieżnobiałych płaszczyzn, przebitych wysokimi oknami i przerywanych białymi boksami, jest tutaj leitmotivem, tematem, a nie częścią "zastanych okoliczności", jak w tylu nudnych i przestarzałych galeriach i muzeach, gdzie rządzi niepodzielny rigips a kuratorzy biedzą się nad jego pokonaniem. |
| Niepomnik
(jak Bema pamięci żałobny rapsod) W boksie w połowie wystawy kilkunastominutowy film Juna Nguyena-Hatsushiby "Szczęśliwego Nowego Roku - Projekt Pomnika dla Wietnamu II". Pomnik to niewzniesiony, bez cokołu, przeciwnie, ruchomy i to podmorski. Kilku wietnamskich płetwonurków prowadzi przez głębiny sporego smoka z gatunku tych, jakie pojawiają się w obchodach chińskiego Nowego Roku. Żółtoczerwone papierowe monstrum płynie przez skaliste błękitne i zielone pejzaże, smok prowadzony jest na długich kijach, które w dłoniach nurków wyglądają jak włócznie. Inni taszczą przez głębie druciany bęben (artysta nazywa go "Maszyną przeznaczenia") przypominający maszynę totolotka z lat 70. Z bębna wylatują ku powierzchni wody plastikowe kulki, które po drodze eksplodują smugami barwników, podwodne fajerwerki. Procesja trwa i nie kończy się. Ten filmowy pomnik upamiętnia atak sił Północnego Wietnamu na pozycje amerykańskie w miejscowości Hue, który nastąpił nad ranem 31 stycznia 1968 i był początkiem końca armii amerykańskiej w Wietnamie. |
![]() Kadry z filmu Juna Nguyena-Hatsushiby "Szczęśliwego Nowego Roku - Projekt Pomnika dla Wietnamu II" |
Załoga
G - trrrans-for-macja! Interesujące spojrzenie na współczesna rzeźbę proponują prace kilku artystów, którzy na rożne sposoby podchodzą znany problem Materii Rzeźbiarskiej. Miast kuć młotem i dłutem, biorą na warsztat co wpadnie im w ręce - selektywnie jednak - i zmieniają to w Coś Innego. Inaczej niż realizatorzy addytywnych instalacji, które od Duchampa rozwinęły się w prosty schemat "krzesło + opona + świeczka + napis + żaróweczka +..." (dodaj dalej), Nowocześni rewitalizują metody chałupnicze, umiejętną manufakturę, którą poprzednie generacje leniwych artystów trzymały w pełnym pogardy dystansie. Brian Jungen z Kanady pokazuje serie totemicznych masek uszytych z popularnych kapci firmy Nike, które - tak jak nieco starsze montaże siodeł i kierownic rowerowych Picassa albo spawalnicze popisy Davida Smitha z lat 50. i 60. - uruchamiają archaiczną albo ironiczną siłę, drzemiącą w banalnych przedmiotach. Jim Lambie szyje kolorowego kolczastego wielonoga z rękawów skórzanych kurtek - kultowych ciuchów Hell's Angels (lata 60.) i generacji punk (lata 70.). I dodaje rzecz subtelniejszą: zawieszoną w narożniku ścian niby-organiczną konstrukcje z półkolistych plastikowych opasek na włosy (lata 80.), polepionych czarną taśmą klejącą. Prekursorska praca Jorge Pardo z 1990 oswaja modernizm: Pardo odtwarza klasyczny fotel projektu Le Corbusiera, wykonując jego ramę z rurek używanych w domowej hydraulice. Tom Friedman ze śmiertelną powaga kpi z konceptualnej "pracy zorientowanej na proces" i pracowicie odwija biały papier toaletowy z tekturowej rolki, by następnie zwinąć go znowu, już bez tekturowego środka. Inna jego praca to białe mydelko inkrustowane spirala połączonych włosów łonowych, klejnocik higieny i dobrego smaku. |
Głośna
muza rewolucji Nad wystawą rozlega się z megafonu anielski glos. Susan Philipsz w nieregularnych interwałach intonuje a capella "Międzynarodówkę", przywołując tę popularną niegdyś piosenkę z większym przekonaniem, niż czynią to producenci popowych płyt, inspirowanych rzekomo działalnością Che Guevary i entuzjastycznie recenzowanych przez wiodące media. Reszta muzycznej części wystawy jest jeszcze bardziej konkretna. Na ścianie wisi pluton discmanów i czarnych high-endowych słuchawek, które otwierają nasze uszy na dźwięki dochodzące z wnętrzności współczesnych maszyn. Artyści dźwięku uważnie wsłuchują się w szumy i wizgoty generowane przez przegrzewające się komputery i pękające sieci, nie są przy tym specjalnie zainteresowani legendarnymi umiejętnościami naśladowczymi naszych elektronicznych przyjaciół, pozostawiając morfologiczne gierki spadkobiercom Jean-Michela Jarre`a. Odkrywają, jak Luigi Russolo 90 lat temu, hałas i chaos pod powierzchnią racjonalnej organizacji świata cyfrowego dźwięku. Klasyk muzyki komputerowego defektu, Yasunao Tone, który zaczynał badanie dźwiękowych przypadków razem z muzykami Fluxusu, Kim Cascone, autor pojęcia "estetyki porażki" w muzyce elektronicznej, włoski duet Tu m', badający zakłócenia i momenty "noise-statyczne" czyli chwile ciszy pomiędzy dźwiękami rejestrowanymi cyfrowo - wszyscy ci spadkobiercy bruityzmu ciągle znajdują żyzne luki hałasu w ujednoliconej, harmonijnej warstwie dźwiękowej, jaką serwują nam słuchawki telefoniczne, lotniska i windy, wypełnione przetworzona elektronicznie MUZYCZKĄ. |
Nowa
kuchniaWybór artystów jest mieszanką dań dobrze znanych i świeżych dodatków. Sztuka kulinarna polega na tym, żeby pokazać gwiazdy sceny galeryjnej lat 90. - Jim Lambie, Jorge Pardo, Tom Friedman - tak, by ci skądinąd świetni artyści odzyskali glos, a ich prace sens. Onegdaj zrzekły się go na rzecz Wielkiego Konferansjera, rynku sztuki, na którym ich wartość jest tak oczywista i niepodważalna, ze właściwie już niemożliwa do dyskursywnego zweryfikowania. Modernizacja sposobu lektury sztuki, którą proponuje wystawa, naraża się oczywiście na zarzut reakcyjności - powrót do patrzenia na dzieło sztuki i jego transformacyjny potencjał, a nie wyłącznie na ściany za nim (i na to, co jest za ścianą) pachnie niemile esencjalizmem, formalizmem i tak dalej. Pani Bakargiev odpiera możliwą krytykę: postmodernizm odrzucił wartościowanie na rzecz surfingu wśród znaczeń i tropów - OK, pięknie, ale jednocześnie dał ciała, bo oddal całą materię nieożywioną siłom wolnego rynku, które - jako jedyne determinanty samoodtwarzających się hierarchii - wepchnęły całą sensowną sztukę współczesną w objęcia Wielkiego Konferansjera. Jak zwykle w sytuacjach monokulturowych, potrzebny jest mały policzek, niemal pieszczotliwy. Wymierzą go, jak zawsze, Nowocześni, awangarda zmiany i niespokojni prorocy, poszukujący ukrytych obietnic, które pozostawiła nam do wypełnienia niedawna przeszłość. Adam Szymczyk, Bazylea. [3.08.2003] |
Wystawa
"I Moderni/The Moderns", Castello di Rivoli Museo d'Arte Contemporanea,
Rivoli-Turyn, 16 kwietnia - 3 sierpnia 2003 r. |
| OBRAZKI
Z WYSTAWY |
| 31 lipca
w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie otwarta została wystawa indywidualna
malarstwa Marcina Maciejowskiego. Tym razem swojskość i anegdotyzm obrazów
ustąpił na rzecz prac bardziej dopracowanych malarsko, przeważnie o portretowym
charakterze. Maciejowski bada różne (czasem zwodnicze) pozy młodości,
siły i niewinności. Pokaz otwiera cykl kilkudziesięciu niewielkich, czarno-białych
portretów znanych artystów (przeważnie malarzy) w młodym wieku od Picassa,
przez Beuysa, Wróblewskiego, Liberę, aż po legendarnego współtwórcę Grupy
Ładnie Marka Firka. Tytuł wystawy - "Zachowujmy się normalnie"(zarazem
tytuł obrazu poświęconego plaży nudystów) - wedle słów samego Marcina
jest delikatnym komentarzem do niedawnego procesu i skazania Doroty Nieznalskiej:
"W Trójmieście jest coś dziwnego w powietrzu. Znikają galerie, nagle
zamyka się wystawy. Coś się namaluje i zaraz sąd, policja... Niebezpiecznie
jest wystawiać na Wybrzeżu. tytuł to żart i jednocześnie prośba, byśmy
się zachowywali normalnie." ("City Magazine Trójmiasto"
nr 8/2003) |
NOWY MACIEJOWSKI |
![]() Marynarze na kotwicy |
![]() Koleżanka w pracowni |
![]() |
![]() |
![]() ![]() ![]() Pollock, Kantor, Dwurnik |
Poruszenie
po wyroku dla Nieznalskiej |
![]() |
SAME
MINUSY |
Na
>>>
forum internetowym "Rastra" padł rekord - do soboty
nasi czytelnicy wpisali się 80 razy w sprawie skazanej Doroty N. W tej
dyskusji i innych głosach przewija się szereg ciekawych, czasem radykalnych,
ale może godnych rozważenia propozycji wyrażenia sprzeciwu wobec opresyjnego
wyroku. Katolicy, którzy nie czują się obrażeni przez "Pasję"
Nieznalskiej, mogliby wypełniać stosowne oświadczenia. Artyści i kuratorzy
powinni ogłosić bojkot państwowych instytucji wystawienniczych. Można
by ogłosić ogólnopolską zbiórkę pieniędzy na zakup instalacji Nieznalskiej.
|
| |
![]() |
Arystokracja
tępi homoseksualistówPrzy okazji sądowego wyroku dla Nieznalskiej przypominają się inne, nie tak nagłośnione, kuriozalne akty przemocy na wolności słowa i sztuki, które miały ostatnio miejsce. Prywatna krakowska galeria Burzym&Wolff zaprezentowała w kwietniu br. wystawę fotograficzną Karoliny Breguły "Niech nas zobaczą". Seria fotografii to portrety par homoseksualnych (z opisu organizatorów: "Były to zdjęcia przedstawiające homoseksualne pary z całej Polski, trzymające się za ręce, uśmiechające się do obiektywu, a co za tym idzie, do widza. Ludzie ubrani od stóp do głów, żadnej obsceniczności"). Wystawa była częścią ogólnopolskiego projektu o tej samej nazwie, mającego na celu krzewienie w społeczeństwie polskim tolerancji. W Gdańsku przeciwko tejże wystawie protestowała Młodzież Wszechpolska grożąc blokadą wernisażu w CSW Łaźnia. Ostatecznie do pikiety nie doszło - otwarcie odbyło się w południe, bojówkarze z MW nie zdecydowali się na opuszczenie lekcji. Tymczasem w Krakowie, administrator Pałacu Lubomirskich (właścicielem jest Kazimierz Lubomirski de Burbon), w którym galeria Burzym&Wolff wynajmowała lokal, po otwarciu wystawy w oficjalnym piśmie zagroził, że nie życzy sobie podobnych "imprez", a w miesiąc później, bez podania powodu wypowiedział umowę. Wcześniej na pokazanie wystawy w Sukiennicach nie zgodził się krakowski oddział Związku Artystów Plastyków - prezes Stanisław Tabisz odwołał wystawę 3 dni przed planowanym już wernisażem. Już nie dziwi niestety, że ideologicznej presji ulegają publiczne instytucje, osoby na stanowiskach, a nawet polskie sądy. Okazuje się, że pajęczyna ciemnogrodu, układów i układzików oplata szczelnie wszelkie, również prywatne miejsca i osoby skupiające w sobie jakąkolwiek, choćby tytularną lub finansową władzę. I znowu kolejna bezsensowna afera, której w ogóle nie powinno być, a która pokazuje, że trzeba będzie jeszcze długo i cierpliwie walczyć o zmianę świadomości naszego społeczeństwa. I że w tak spolaryzowanym układzie społecznym trudno o finezję zachowań i subtelność sądów - nie ma "ale", musisz być za albo przeciw. To najgorsze co nam się mogło przytrafić. [27.07.2003] |
WCIĄŻ
MOŻNA PODPISAĆ List otwarty w sprawie skazania Doroty Nieznalskiej >>> |
Kolejna
dyrektorka ofiarą politycznych rozgrywek? |
GORĄCE
CHWILE WINTER |
Prezydent
Bydgoszczy w wypowiedzi dla "Gazety Pomorskiej" przyznał, że
zamierza pozbyć się Małgorzaty Winter ze stanowiska dyrektorki Muzeum
Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego. Wbrew nazwie, placówka ta przez
ostatnie 10 lat była jedną z ważniejszych publicznych instytucji wyspecjalizowanych
w sztuce współczesnej. Muzeum pod kierunkiem Winter organizowało ważne
wystawy retrospektywne (m.in. Edward Dwurnik, Grzegorz Kowalski) i grupowe
(kilka edycji "Oikos"-u i monumentalna "Konstrukcja w Procesie"),
wspierało produkcję nowych prac i jako jedna z nielicznych instytucji
w kraju dokonywało zakupów do własnej kolekcji. Przy okazji, za sprawą
osobistej charyzmy Winter, muzeum stało się swoistym centrum życia towarzyskiego
krajowej sceny artystycznej, a pozytywną atmosferę podbudowywała bliska
współpraca ze słynnym bydgoskim klubem Mózg. Żywe muzeum - ten oksymoron
nabrał Bydgoszczy realnej treści! |
| Prezydent
tropi stagnację |
| Otwarcie
do prezydenta Podobnie jak w przypadku Doroty Nieznalskiej, środowisko artystyczne szybko zareagowało listem otwartym. Podpisy pod nim zbiera prof. Grzegorz Kowalski. Swoje poparcie należy przesyłać pod adresem grzegorz.kowalski@asp.waw.pl - możliwie szybko. Poniżej treść listu. "List otwarty do Pana. Konstantego Dombrowicza, Prezydenta Miasta Bydgoszczy Szanowny Panie Prezydencie, Dowiadujemy się z "Gazety Pomorskiej" z 21 VII 2003, że Pan Prezydent zamierza dymisjonować Małgorzatę Winter, dyrektorkę Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Ze zdumieniem czytamy, że stawiany jest jej zarzut "trwającej od lat stagnacji" w podległej jej instytucji, co ma być argumentem za dymisją. Obserwatorzy kultury w Polsce od lat plasują Muzeum Bydgoskie na jednej z najwyższych pozycji w rankingu placówek aktywnych i odnoszących sukcesy w skali całego kraju. Jest to niewątpliwą zasługą Małgorzaty Winter. Dyrektorka może poszczycić się współpracą z wybitnymi i uznanymi artystami, którzy mieli w Muzeum swe wystawy monograficzne (m. in. Edward Dwurnik, Izabella Gustowska, Grzegorz Stachańczyk), a także z artystami młodymi (jak Sławomir Brzoska, Monika Sosnowska, Anna Baumgart, Elzbieta Jabłońska), którzy po wystawach w Muzeum Bydgoskim odnoszą znaczące sukcesy, także zagraniczne. Na przykład: Paweł Althamer przeniósł i rozwinął swoją akcję bydgoską z "Oikos" na "Documenta" w Kassel w 1997, zaś Monika Sosnowska za pracę, będącą powtórzeniem [rozwinięciem - przyp. red. "Rastra"] jej instalacji na "Oikosie", otrzymała nagrodę na Targach Sztuki w Bazylei (2002) [2003 - przyp. red. "Rastra"]. Świadczy to zarówno o doskonałym rozeznaniu Małgorzaty Winter w środowisku artystycznym, jak również o trafności jej ocen i wyborów w promowaniu młodych twórców. Zbiorowe wystawy, które odbyły się dzięki inicjatywie i współpracy Małgorzaty Winter, takie jak "Konstrukcja w procesie VII" (2000) czy kolejne (od 1994) edycje "Oikos" - mają znakomity rezonans w Polsce i liczne echa zagraniczne. Imprezy o tej skali i rozmachu nie mają wielu odpowiedników w polskim życiu artystycznym. Ciekawe, że Małgorzata Winter, mająca znakomite kontakty ogólnopolskie i zagraniczne, nie zaniedbuje interesów środowiska bydgoskiego. Umiejętnie lansuje jego dokonania, o czym świadczą pamiętne wystawy: "Lata 70... Miejsce sztuki - Bydgoszcz" (1995) czy "Środowisko artystyczne Bydgoszczy 1920-1939" wraz z przygotowywaną obecnie do druku publikacją. Muzeum Bydgoskie nie zaniedbuje też prezentacji twórczości swego patrona, Leona Wyczółkowskiego, ostatnio na wystawach "Przyjaciele: Konstanty Laszczka/Leon Wyczółkowski" i z okazji 150 rocznicy urodzin artysty (2002). Tak więc profil wystaw w Muzeum spełnia oczekiwania zarówno zwolenników tradycji, jak widzów poszukujących kontaktu ze sztuką aktualną. Co warto wreszcie szczególnie podkreślić - Muzeum Bydgoskie, które może poszczycić się jedną z najlepszych kolekcji polskiej sztuki współczesnej, jako jedno z nielicznych stale i systematycznie powiększa te zbiory, dzięki czemu nie została zerwana ciągłość w obrazowaniu tendencji w sztuce ostatnich dekad w zbiorach Muzeum. To również należy zawdzięczać Małgorzacie Winter, jej energii, uporowi, osobistym kontaktom (dary!), ale przede wszystkim jej wysokiej etyce i świadomości zawodowej. Zarzut "stagnacji" jest doprawdy zdumiewający i krzywdzący nie tylko dyrektorkę, ale cały zespół oddanych pracowników Muzeum. Może ten list uzmysłowi Panu Prezydentowi, że Muzeum im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy postrzegane z dalszej perspektywy wygląda jak lider w skali krajowej i że jest odmiennie niż Pan chce to widzieć - Małgorzata Winter jest kompetentną i aktywną jego dyrektorką." [27.07.2003] |
ZA
SZTUKĘ NA ROBOTY KARNE |
Polski
sąd skazał polską artystkę za to, że jej sztuka obraża uczucia religijne.
Artystka dostała zakaz opuszczania kraju przez 6 miesięcy i zesłanie na
roboty karne. Jak można było skazać artystę za jego sztukę?! Żyjemy w
kraju inkwizycji i prześladowań, w którym ściga się niezależne poglądy
obywateli i wizje artystyczne! Jak powinniśmy zaprotestować przeciwko
państwowej inkwizycji? Marsz protestacyjny? Kolejne wystawy - tym razem
z premedytacją obraźliwe i prowokacyjne? Co robić, jak upublicznić naszą
niezgodę na postępowanie sędziów ciemnogrodu?! -
piszcie na forum dyskusyjnym "Rastra"! >>> |
|
Sąd
się pomylił, zapominając o gwarantowanym konstytucyjnie prawie zarówno
do swobody twórczej jak i prawie do swobody głoszenia swoich poglądów
- Aneta Szyłak i Grzegorz Klaman, którzy wspomagali obronę Doroty Nieznalskiej,
specjalnie dla "Rastra" piszą z Gdańska o niesłusznym skazaniu
artystki |
HAŃBA
III RP |
|
Demokracja oszołomów |
Sąd
poluje na czerowniceWydawało nam się niemożliwe w demokratycznym państwie skazanie artysty za jego wypowiedź twórczą, dlatego wyrokiem skazującym Dorotę Nieznalską na pół roku ograniczenia wolności jesteśmy zupełnie zaskoczeni. Pozostaje mieć nadzieję, że ten kuriozalny wyrok zostanie zweryfikowany w wyższej instancji. Inaczej sądy, tak jak w tym przypadku będą "młotami na czarownice". Uzasadnienie tego wyroku oraz poziom tej argumentacji są bardzo niekonsekwentne i emocjonalne. Sędzia najpierw zastrzega, że nie będzie przeprowadzał analizy dzieła sztuki, a jednak w treści wyroku występuje jako krytyk sztuki. A z drugiej strony nie dopuścił biegłych ani teologów, którzy mogliby stwierdzić, czy praca Nieznalskiej była świętokradztwem, o ile oczywiście w ogóle można posługiwać się tego typu argumentem na forum publicznym. Nie trafił do sędziego żaden argument obrońcy. Ani ten, że artystka wykorzystał krzyż jako ogólny symbol (nie przedmiot kultu), ani też te o fundamentalnym prawie artysty do swobody wypowiedzi zagwarantowanych konstytucyjnie. Dla sędziego najwyraźniej pojęcie artysty nie istnieje, jako zbyt mgliste i niejasne za to "uczucia religijne" to pojecie klarowne i oczywiste dla wszystkich. Nie odróżnia gestu artystycznego od politycznego. Liga Polskich Rodzin jest wszędzie tam, gdzie można zbić polityczny kapitał - przy statku Langenort, w "Zachęcie" i przy społecznych działaniach, które mają przeciwdziałać homofobii. |
5%
Polaków do więzienia?A co zrobiła Dorota Nieznalska? Pokazała pracę w galerii mieszczącej się na terenie Akademii Sztuk Pięknych. Od czasów Platona akademia była miejscem artystycznego i intelektualnego dyskursu tu i tę zasadę złamano likwidując galerię. Trudno zgodzić się z argumentacją, że skoro dziewięćdziesiąt pięć procent polskiego społeczeństwa to katolicy, wszyscy musimy myśleć tak jak oni. W ten sposób skazujemy się na zakaz myślenia. Niebawem zdanie jakiekolwiek inne od powszechnie akceptowanego będzie natychmiast karane. Mamy żyć w jednolitym społeczeństwie, które mówi wspólnym głosem i jednoznacznie definiuje symbole, a jeśli nie to "nieprawomyślnych" pakuje się do więzienia? Jak można nie widzieć różnicy między tym co realne i symboliczne; między postrzeganiem faktów rzeczywistości a ich symbolizowaniem. To przecież podstawa kultury. Jesteśmy zaszokowani i przerażeni takim sposobem myślenia. Czy to znaczy, że jak w sztuce aktor odgrywa scenę zabójstwa to trzeba rozumieć, że robi to naprawdę? Jak pokazuje się rzeźbę papieża przygniecionego kamieniem, trzeba rozumieć, że papież jest prawdziwy? A krzyż - nawet najogólniej wykorzystany - może oznaczać tylko atak na katolików? |
Czego
dorobiła się Nieznalska?Oburza nas stwierdzenie sędziego, że grzywna dla Doroty Nieznalskiej to żadna kara, ponieważ na tej pracy artystka się dorobiła. Zdaniem sądu Nieznalska wszystko to sobie zaplanowała, aby usidlić opinie publiczną i zarobić wielkie pieniądze. Trudno wprost uwierzyć, że ktokolwiek może sądzić, iż w kraju, który nie ma rynku sztuki można się dorobić dzięki zadymie medialnej i procesowi sądowemu. Dorota dużo wcześniej miała ugruntowaną pozycję artystyczna i wystawiała swoje prace w najlepszych polskich galeriach. Za odwagę pokazania "Pasji" zapłaciła bardzo wysoką cenę - obcina jej się stypendia i dotacje, jest cenzurowana i napiętnowana. To nie ona zbiła na tym procesie kapitał, ale Liga Polskich Rodzin. Spektakularna polityczna heca to ich strategia marketingowa, a sędzia przemówił ich głosem. Głosem radykalnej, fundamentalnej prawicy, która pokazała, że rządzi wszędzie. Zastanawia nas także to, czy możemy, wszyscy razem, bronić się przed takim traktowaniem artystów i sztuki. Aneta Szyłak & Grzegorz Klaman, fot. Grzegorz Klaman [20.07.2003] |
![]() |
Wyrok skazujący jest hańbą wszystkich którzy pełnili i pełnią oficjalne funkcje w kulturze - sprawę Doroty Nieznalskiej komentuje Łukasz Guzek (www.spam.art.pl) KONIEC WOLNOŚCI, CZAS PRZEŚLADOWAŃ [...] To, że doszło do tego procesu oznacza iż państwo nie zabezpiecza
podstawowego warunku istnienia i rozwoju kultury - wolności. Wyrok skazujący
jest porażką wszystkich ludzi kultury, ludzi sztuki, bo nie potrafiliśmy
zapewnić sobie swobody tworzenia. Jest hańbą wszystkich którzy pełnili
i pełnią oficjalne funkcje w kulturze - zawodowych dyrektorów galerii
i muzeów, wszelakich urzędników od kultury, bo nie zadbali o jej podstawowy
interes - wolność. |
![]() |
| We wrocławskim BWA trwa wystawa sztuki radykalnej wrocławskiej ostatniego ćwierćwiecza. Ze szczegółów tego przedsięwzięcia spowiada się sam kurator - Wojciech Kozłowski z Zielonej Góry (dyrektor tamtejszej buły). |
PAMIĄTKA
Z WROCŁAWIA |
![]() |
Mógłbym napisać ten text pod jednym z moich pseudonimów, ale i tak wszyscy by wiedzieli, że to ja. Ponad pół roku temu dostałem propozycję od Marka
Puchały, dyrektora BWA we Wrocławiu i Pawła Jarodzkiego - aby zrobić wystawę
na wakacje, najlepiej z wrocławskimi artystami. Innych wytycznych nie
było. |
![]() |
Cesarski
Wrocław Muzyka z Wrocławia, a gin lubuski? |
![]()
|
| "Pamiątka
z Wrocławia" - Galeria BWA Awangarda we Wrocławiu - 11.07-28.09.2003 Udział biorą: Paulina Domagalska-Menc, Barbara Gębczak-Janas, Monika Grzesiewska, Bożena Grzyb-Jarodzka, Elżbieta Janczak-Wałaszek, Hanna Kosewicz, Laura Pawela, Anna Płotnicka, Monika Solorz, Viola Tycz, Waldemar Major Fydrych, Marek Harlender, Paweł Janas, Paweł Jarodzki, Jerzy Kosałka, Janek Koza, Marcin Kuligowski, Paweł Menc, Marcin Mierzicki, Dariusz Orwat, Waldemar Pranckiewicz, Tomasz Rodziewicz, Krzysztof Skarbek, Lech Twardowski, Andrzej K.Urbański&Mira Boczniowicz, Antoni Wajda, Jacek Zachodny, Paweł Żołyński, Ryszard Woźniak. Swoje dokonania zaprezentują w formie prezentacji multimedialnych: Galeria "Entropia" i WRO Centrum Sztuki Mediów. |
|
Warszawska Fundacja Galerii Foksal dokonuje tego lata międzynarodowego desantu w przygranicznym Cieszynie. Czołówka krajowych artystów i starannie wyselekcjonowani goście z zagranicy pokażą specjalnie przygotowane prace w opuszczonych wnętrzach Hotelu pod Jeleniem. |
ODKRYTE
W CIESZYNIE |
|
| "Ukryte w słońcu" to międzynarodowa wystawa, która będzie towarzyszyć tegorocznej edycji festiwalu filmowego Nowe Horyzonty w Cieszynie (17-27 lipiec). Wystawa ta gromadzi 16 twórców, w różnej mierze odwołujących się w swojej twórczości do mechanizmów rządzących kinem. Do udziału zaproszeni zostali: Paweł Althamer, Cezary Bodzianowski, Christoph Büchel, Jeremy Deller, Jeanne Faust, Omer Fast, Mark Leckey, Mark Lewis, Rosalind Nashishibi , Anna Niesterowicz, Enrique Metinides, Paulina Ołowska, Mathilde Rosier, Wilhelm Sasnal, Monika Sosnowska, Piotr Uklański i Artur Żmijewski. Każdy z nich w specyficzny dla siebie sposób, pokazuje jak dalece dajemy zwodzić się kinowej fikcji, jak bezkrytyczni jesteśmy wobec cudzych wizji i z jaką łatwością adoptujemy do nich nasz ogląd świata. Przyzwyczajeni do filmowych projekcji w galeriach, nie zdajemy sobie często sprawy z wywrotowego charakteru, jaki mogą one mieć wobec tradycji kinematografii (z której nota bene wydają się obficie czerpać). Artyści wytykają nam łatwowierność i odejście od prawdziwego życia na rzecz fabrykowanej rzeczywistości. Przyswajamy cudze wspomnienia, wzruszamy się dramatem nieistniejących bohaterów, posługujemy się fikcyjnymi dialogami - zużytymi i wyświechtanymi, odartymi z emocji i sensu. Tracimy nasze życie z oczu, przed nami migoczą obrazy - uniwersalne formuły i rozwiązania. | |
![]() Jeanne Faust |
|
|
|
W
pułapce kinaWystawa "Ukryte w słoncu" to przede wszystkim opowieść o pułapkach kina, o jego hipnotycznym oddziaływaniu, trikach, manipulacjach, o kształtowaniu naszych oczekiwań przez fikcyjne światy i konsekwentnym unikaniu odpowiedzialności za ciągłe pomnażanie fikcji. Czy potrafimy nie ulec pokusie, czy też jak w pewnym, dziecięcym komiksie ryzykujmy nieświadome "wejście" przez ekran do innego równoległego świata, z którego na próżno szukać będziemy ucieczki? Granica miedzy rzeczywistością i zmyśleniem konsekwentnie się rozmywa - trudno czasem dociec gdzie kończy się dokument a zaczyna film fabularny, gdzie mamy do czynienia z reporterską relacją a gdzie mistyfikacją, kiedy wchodzimy do kina, a kiedy to kinowe schematy zaczynają znajdować zastosowanie w naszym życiu. Wystawa "Ukryte w słońcu", umieszczona w przygranicznym mieście, w środku lata, podczas filmowego festiwalu i dla specyficznej publiczności, jest dekonstruowaniem mitu kina, oddawaniem hołdu scenariuszom prawdziwego życia, jest także, jak napisali kuratorzy wystawy, "szansą na przejście z płaskiego ekranu w życie wielowymiarowe." |
|
![]() Piotr Uklanski "Summer Love" |
|
| Fotograficy
na granicy Drugą wystawą szykowaną przez Fundację Galerii Foksal w Cieszynie jest "Borders and Beyond", która zostanie pokazana w Galerii Szarej. Ten fotograficzny projekt został zainicjowany przez szwajcarską fundację Pro Helvetia w 1999 roku. Głównym tematem poszukiwań stały się granice miedzy państwami, narodami i mniejszościami etnicznymi - nie tylko to namacalne i rzucające się w oczy, bowiem oznaczone murami, drutami kolczastymi i punktami kontrolnymi, ale też te, których nie widać na zewnątrz: zakorzenione głęboko w świadomości polityczno-społecznej jednostek i całych narodów. Postanowiono stworzyć postępujący program angażujący fotografów i eseistów z różnych krajów, kładąc nacisk na kooperatywny aspekt przedsięwzięcia, integrujący rożne podejścia do fotografii dokumentalnej i mobilizujący do dalszych międzynarodowych działań. Kuratorem wystawy został szwajcarski fotograf Daniel Schwartz, zaś Frank Berberich wybrał pisarzy i dziennikarzy, którzy napisali eseje do albumu akompaniującego wystawie. Dziesięciu zaproszonych fotografów (Don McCulin, Valeri Nistratov, Thomas Kern, Randa Shaath, Meinrad Schade, Julián Cardona, Jodi Bieber, Joachim Ladefoged, Roger Wehrli, Manuel Bauer, Daniel Schwartz) wykorzystało swoje wieloletnie doświadczenie wyniesione z pracy reporterskiej w różnych krajach. Stworzyli serie zdjęć z miejsc gdzie pojecie granicy może mieć znaczenie zarówno linii frontu (Autonomia Palestyńska), dobrze strzeżonych wrót do bogatszego świata Europy (Gibraltar), przystankiem dla ludzi, których życie zostało zrujnowane wojną (obozy tranzytowe dla kosowskich uciekinierów w Szwajcarii) czy linią wytyczającą obszar wielkiego "biura" internowana i represji (Tybet). |
|
Sawicka
opakuje |
|
Pożegnanie
Galerii Zewnętrznej AMS |
|
SZTUKA
SCHODZI Z BILLBOARDÓW |
|
![]() |
|
| W najbliższy piątek (11 lipca) w warszawskiej zniechęcie otwarta zostanie wystawa podsumowująca 5 lat działalności Galerii Zewnętrznej AMS - najciekawszego po 1989 roku przedsięwzięcia artystycznego w przestrzeni publicznej. Wszystko wskazuje na to, że to zarazem kres działania tej wyjątkowej galerii i unikatowego w takiej skali prywatnego programu promocji sztuki współczesnej w Polsce. Katem Galerii Zewnętrznej okazał się koncern "Agora" wydawca "Gazety Wyborczej". Czytaj w czasie przeszłym |
|
![]() Jadwiga Sawicka "Nawracanie, Oswajanie, Tresowanie" Listopad 1998 |
|
| Galeria
sprzedana, ale nie kupiona Kilka miesięcy temu sfinalizowana została transakcja na mocy której Agora została głównym udziałowcem AMS SA. Nowy właściciel mianował nowego prezesa firmy, który - jak nieoficjalnie wiadomo - z niechęcią odniósł się do działalności Galerii Zewnętrznej AMS proponując m.in. zastąpienie prezentowanych na billboardach prac artystów pracami grafików komputerowych. Dotychczasowi kuratorzy projektu - Marek Krajewski, Lech Olszewski, Dorota Grobelna - skończyli lub kończą właśnie swoją współpracę z firmą. Chociaż brak jakichkolwiek oficjalnych informacji na temat przyszłości Galerii Zewnętrznej wszystko wskazuje na to, że to koniec jej działania, a przynajmniej koniec radykalnego artystycznie programu nastawionego na promocję i wspieranie najciekawszych osobowości krajowej sceny artystycznej. Smutnym paradoksem jest fakt, że grabarzem Galerii Zewnętrznej AMS okazał się wydawca "Gazety Wyborczej", dziennika o wybujałych, politycznych i społecznych ambicjach i masce politycznej poprawności. Pożegnalna wystawa Wystawa "Sztuka w mieście. Zewnętrzna Galeria AMS 1998-2002", dokumentuje proces realizacji projektu w ostatnich czterech latach, ale nie jest ani jego nostalgicznym wspomnieniem, ani też obiektywną i kompletną rekonstrukcją. Jest raczej próbą oddania specyfiki projektu i kontekstu, miejsca, w którym się on rozgrywał- stanowi próbę rekonstrukcji przestrzeni działania i jest pytaniem o rządzące nią reguły. Wystawa usiłuje więc odpowiedzieć zarówno na pytanie, czym była Zewnętrzna Galeria AMS, jak i na szereg innych: jaki charakter mają dziś polskie miasta? Co ma szanse zaistnieć w ich przestrzeni, co zaś pozostaje niezauważone? Jakie reakcje budzi sztuka prezentowana w przestrzeni miejskiej i co w tym miejscu zmienia? Czym jest dziś przestrzeń publiczna w Polsce? O czym można, a o czym nie można publicznie rozmawiać? |
|
![]() CUKT "Centralny Urząd Kultury Technicznej" Wrzesień 2000 |
|
Zdjęcia
kontrolerów |
|
![]() Elżbieta Jabłońska "Gry domowe" Maj/czerwiec 2002 |
![]() |
Na Art Basel widać wyraźnie jak poszczególne galerie, a wraz z nimi reprezentowani przez nie artyści, tracą impet, jak setki, tysiące prac zamieniają się w homogeniczną masę przedmiotów do wieszania na ścianie lub ustawiania na podłodze. |
Sukces Moniki Sosnowskiej i Fundacji Galerii Foksal na targach w Bazylei |
|
DRZWI
OTWARTE |
|
|
|
W największych targach sztuki współczesnej - Art Basel w Bazylei - doczekaliśmy się udziału polskich wystawców. W tym roku po raz pierwszy udział wzięły dwie polskie galerie: Fundacja Galerii Foksal z Warszawy i Galeria Starmach z Krakowa. Pierwsza z nich odniosła błyskotliwy sukces - wystawiana przezeń, specjalnie przygotowana na targi praca Moniki Sosnowskiej zdobyła nagrodę Baloise Kunst-Preis, przyznawaną co roku dwóm młodym artystom biorącym udział w Art Basel. Wyróżnienie jest nie tylko prestiżowe - artystka otrzymała nagrodę w wysokości 25 tysięcy franków szwajcarskich, a nagrodzona praca trafi do zbiorów Kunsthalle w Hamburgu. |
![]() |
Architektura
kafkowska |
![]() |
|
![]() |
Wszystko
na sprzedaż
|
![]() |
Co
za tymi drzwiami? |
![]() |
Do
Europy tak, ale z naszymi umarłymi... |
Wszystkie zdjęcia dzięki
uprzejmości Art Basel |
|
Zbliża
się lato, a więc i sezon na międzynarodowe biennale - w tym roku m.in.
Wenecja, Istambuł, a także nowość - Praga. Już za dwa tygodnie rusza tam
wielka międzynarodowa wystawa wymyślona i sponsorowana przez Giancarlo
Politiego - wydawcę popularnego miesięcznika artystycznego "Flash
Art". Politi ogłosił swoją imprezę mianem "etycznej", bo
niskobudżetowej. "Raster" ujawnia jednak dziurę w całym. |
| BIENNALE
ZA 100 TYSIĘCY |
Nie
sposób odmówić Politiemu racji, próbuje walczyć z nadkonsumpcją pod hasłami
sztuki - finansowym rozpasaniem wielkich światowych przeglądów sztuki.
W tym roku do Pragi ma przybyć 250 artystów i 30 kuratorów z całego świata,
by wziąć udział w imprezie, która jest "bardziej ekspansywna i wyrazista
niż biennale weneckie czy Documenta w Kassel". "I jak to możliwe"
- pyta retorycznie Politi - "że biennale praskie ma budżet tylko
100 tysięcy euro, podczas gdy ostatnie Documenta kosztowały 40 milionów?".
Włoski wydawca usiłuje dowieść, że nie potrzeba wielkich pieniędzy, ale
raczej inteligencji i zaangażowania by przeistoczyć całe miasto w "wielkie
kulturalne laboratorium". Otwarcie biennale w Pradze odbędzie się
w piątek 27 czerwca w Galerii Narodowej i połączone będzie z party na
tarasie galerii, zaś następnej nocy w ramach biennale odbędzie się disco
z akcjami vj-ów. Jak wynika z odezwy wodza Politiego - wstęp wolny dla
wszystkich!Do Pragi na biennale wybiera się również polska delegacja sformowana przez Adama Budaka (system przyjęty przez Politiego polega na zaproszeniu do pracy nad biennale kilkudziesięciu kuratorów, którzy niezależnie od siebie zapraszają do udziału w wystawie wybranych przez siebie artystów). W Pradze wystawią więc swoje prace m.n.: Azorro, Rafał Bujnowski, Małgorzata Jabłońska, Dominik Lejman. Grupa Azorro ma ponadto w czerwcu własną wystawę w praskiej Galerii Display. Tamże, 24 czerwca będzie miała premierę czeska wersja tragedii scenicznej Azorro "Vsechno uz bylo". |
| Etyk,
kolaborator |
| Prawdziwi
bohaterowie zostali w Tiranie W istocie więc "etyczne biennale" Politiego skąpane jest w konformizmie. Szczęśliwie, ucieczka Politiego z Tirany nie zraziła miejscowych do dalszej pracy na własną rękę i w ten sposób, w mgnieniu oka, jedno biennale rozmnożyło się na dwie imprezy - w Pradze za dwa tygodnie rusza druga edycja biennale Politiego, a 12 września w Albanii - druga edycja biennale tirańskiego. Serce rzecz jasna dyktuje by kibicować Albańczykom. Prezydenturę tutejszej imprezy przejął po Politim burmistrz Tirany Edi Rama, dyrektorami biennale są Edi Muka i Gezim Qendro. Według oficjalnych danych, pierwsze biennale obejrzało 20 tysięcy ludzi - to nigdy wcześniej w historii Albanii, żadna impreza poświęcona sztuce nie zgromadziła większej publiczności. |
Prace Stéphane'a Dafflona, uczestnika biennale w Pradze |
Czy
utopie jeszcze istnieją?Hasłem tytułowym tegorocznej edycji biennale w Tiranie jest "U-Topos". "Czy w dzisiejszych czasach mamy jeszcze do czynienia z Utopią?" - pytają organizatorzy - "A jeśli tak, to jaki ma ona charakter, bardziej osobisty czy kolektywny? W jaki sposób współczesny artysta poczyna sobie z wyobraźnią i pamięcią? W jaki sposób dociera do prywatnej i zbiorowej pamięci? [...] Czy żyjemy dziś w świecie, w którym laicki lub religijny mesjanizm jest już passe? Czy dzisiejsza sztuka jest zdolna budować takie przekazy i czy społeczeństwo jest rzeczywiście nimi zainteresowane?". Podobnie jak przed dwoma laty organizatorzy borykają się z problemami finansowymi (poprzednio, jedna z międzynarodowych fundacji odmówiła dofinansowania biennale w Tiranie, bowiem wedle jej oceny zorganizowanie imprezy tej rangi i skali jest w Albanii niemożliwe). Jak jednak zapowiadają, w 2. edycji biennale ma wziąć udział około 130 artystów ze świata. Ale w innym miejscu przekornie dodają również, że trudno sobie wyobrazić lepsze niż Tirana miejsce do utopijnych dywagacji i marzeń. Do współpracy zaproszono m.in. po 6 artystów i kuratorów różnych narodowości, którzy mają wytypować po 5-6 uczestników wystawy. W tym gronie jest m.in. znany kurator-globtroter Hans Ulrich Obrist, a także znany albański artysta Adrian Paci. Jak podkreślają organizatorzy, druga edycja biennale wynika z trochę odmiennej perspektywy niż pierwsza. Teraz ma ono ponoć realną podstawę w rozwijającej się młodej scenie artystycznej, która oczekuje szerszej międzynarodowej konfrontacji. |
| Artystyczna
jesień na Bałkanach Tirańskie Biennale szczyci się mianem największej imprezy tego typu na Bałkanach. Śledząc niekompletne jeszcze listy uczestników 2 edycji, można zauważyć, że będzie to impreza bardziej "bałkańska" niż poprzednia. Data otwarcia zbiega się z kolejną edycją dobrze już okrzepłego biennale w Stambule. Tirańczycy sugerują nawet połączenie wypadu do obu miast, a o pomoc w zorganizowaniu takiej art-wycieczki można prosić pod adresem e-mail deltatour&travel@icc-al.org. Do zobaczenia w Tiranie! [8.06.2003] |
DYSKUTUJ NA FORUM
"RASTRA" |
"Musimy
zacząć chodzić nowymi drogami, Niemcy potrzebują nowych impulsów, żeby
wyjść z kryzysu gospodarczego. Trzeba ich znowu postawić na nogi".
Georg Baselitz był pewien, że sprosta temu zadaniu. Urszula Usakowska-Wolff
pisze z Düsseldorfu o naprawie niemieckiej gospodarki i kolekcji sztuki
afrykańskiej Baselitza. |
GEORG BASELITZ UZDRAWIA NIEMIECKĄ GOSPODARKĘ |
Popularność
i uznanie są sprawami umownymi: jeden z najbardziej znanych i najwyżej
cenionych artystów niemieckich, 65-letni Georg Baselitz, który w ubiegłym
roku obsunął się wprawdzie o dwa miejsca w Kompasie Sztuki kolońskiego
dwutygodnika Capital, zajmując w tym międzynarodowym rankingu sztuki ciągle
jeszcze prestiżową dziesiątą pozycję, czuje się twórcą niedocenionym.
Deficyty uznania kompensuje, oddając się pasji kolekcjonowania. Mrocznymi
przedmiotami pożądania Georga Baselitza są małe, większe lub bardzo duże
rzeźby z centralnej i wschodniej Afryki, czyli dzieła sztuki, która -
zgodnie z przekonaniem jej kolekcjonera - od wieków nie zmieniła swego
oblicza, w przeciwieństwie do sztuki europejskiego i północnoamerykańskiego
Zachodu, zmuszonej do ciągłego definiowania się na nowo. |
![]() Szmaciana figurka przodków o nazwie mizuri plemienia Bewnde z Demokratycznej Republiki Kongo, wysokość 61 cm. Kolekcja Georga Baselitza |
Fioletowy całun |
Spóźniona premiera |
![]() |
| Baselitz: Die Afrika-Sammlung
Kurator: Peter Stepan 7.06. - 24.08.2003 K20 Kunstsammlung Nordrhein-Westfalen http://www.kunstsammlung.de/ Pinakothek der Moderne, Monachium 25.09. - 16.11.2003 Kunstsammlungen Chemnitz 14.12. 2003 - 22.02.2004 |
Wystawa
pośmiertna w Galerii Foksal |
|
POWTÓRNY
POGRZEB ZUZANNY J. |
|
| Fikcyjny zgon i pogrzeb Zuzanny Janin, znanej artystki średniej generacji, poruszył opinię publiczną i artystyczną. Przypomnijmy: 5 kwietnia w "Gazecie Wyborczej" ukazały się nekrologi informujące o nagłej śmierci artystki, zaś 7 kwietnia jej pogrzeb na cmentarzu powązkowskim w Warszawie. Mimo podejrzeń, do samego końca nikt nie był pewien czy artystka faktycznie zmarła czy to "tylko" jej kolejny projekt artystyczny. Dopiero nazajutrz gazety zdemaskowały całe przedsięwzięcie - Zuzanna Janin sfingowała własną śmierć by nakręcić nowy film, zatytułowany oryginalnie i swojsko "I've seen my death"... Galeria Foksal w Warszawie prezentuje właśnie pierwszą "pośmiertną" wystawę Janin. Janin zmarła, niech żyje Janina! To było samobójstwo Zuzanna Janina, "Zuzanna Janin", Galeria Foksal, Warszawa,
czerwiec 2003 |
![]() |
![]() |
|
CZY
TO BYŁO SAMOBÓJSTWO? |
|
![]() |
Koniec
"Novej Popularnej" |
| TO
BYŁA SZTUKA |
Jeszcze
do samego końca nieliczni się łudzili, że to tylko żart lub ekstrawagancka
strategia promocyjna, że to niemożliwe, żeby zamykać bar w zaledwie miesiąc
od otwarcia. Tak samo, ostatniego czwartkowego wieczoru trudno było uwierzyć,
że alkohol naprawdę się już skończył i tym samym bileciki na drinki przestały
działać. A jednak, to prawda, "Nova Popularna" to był tylko
(aż?) projekt artystyczny. |
|
Proszę dotykać eksponaty! Lucy McKenzie i Paulina Ołowska, "Nova
Popularna", projekt artystyczny zrealizowany przez Fundację Galerii
Foksal w Galerii Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych "Pałacyk",
Warszawa 2-29 maja 2003 |
![]() |