A_R_C_H_I_W_U_M
felietony/eseje/artykuły X-XII 2002

Wiedeńska Kunsthalle obchodziła w listopadzie uroczystość 10-lecia. Gerald Matt, dyrektor tej jednej z najbardziej renomowanych instytucji sztuki współczesnej w Europie, opowiada - w ekskluzywnym wywiadzie przeprowadzonym dla "Rastra" przez Goschkę Gawlik - o politycznych i ekonomicznych warunkach działania współczesnych instytucji artystycznych, o wolności sztuki i obowiązkach oraz swobodach jakie ma jako dyrektor Kunsthalle. Gerald Matt analizuje również scenę sztuki w Polsce i jej instytucje oraz ocenia polską publiczność! Unika za to polskich znaków diakrytycznych.


NIE KARAĆ TYCH KTÓRZY GRYZĄ

Goschka Gawlik: Mówi się o Panu, albo są to tylko plotki, ze darzy Pan Polskę sympatią. Był Pan juz parę razy w tym kraju, prywatnie i oficjalnie. Pomimo tego artyści polscy, lub w ogóle reprezentanci z Europy Wschodniej, byli rzadko gośćmi Kunsthalle w Wiedniu. Uważa Pan, że sztuka z tej części Europy mija się z międzynarodowymi trendami, jest niezbyt ciekawa czy może publiczność wiedeńska nie jest, aż tak bardzo tym tematem zainteresowana?

Gerald Matt: Ach, co tez Pani mowi! Dla mnie nie istnieja kategorie narodowe w sztuce. Okreslone problemy staramy sie transportowac za pomoca niektorych postaw artystycznych. Niedawno pokazalismy w naszej przestrzeni na Karlsplatz tzw. "Project Space" projekt dotyczacy relacji sztuki w przestrzeni publicznej, ktory takze, jak mysle i w Polsce spotkal sie z rezonansem mediow [pisaliśmy w "Rastrze" o realizacji Roberta Rumasa i związanych z nią perturbacjach - przyp. red.]. Projekt ten byl połaczony z trzydniowym sympozjum, ktore naswietlilo bardzo zroznicowany stosunek miedzy sztuka, publicznoscia i przestrzenia publiczna w systemie kapitalistycznym, w systemie komunistycznym, ale takze w systemie znajdujacym sie w stadium przejsciowym. Jednoczesnie Robert Rumas zrealizowal swoj bardzo ciekawy i kontrowersyjny projekt na Karsplatz, w ktorym postawil pytanie o granice miedzy "skandalem i upiekszeniem". Przed dwoma laty pokazalismy projekt Milicy Tomic o rozpadzie Jugoslawii. Pokazywalismy takze artystow z Europy Wschodniej w wystawach tematycznych jak Labin Art Express z Belgradu albo Ilye Kabakova w "Get together".
To czego nie zrobilismy ma zwiazek z Mumok. Podczas dyrekcji Loranda Hegyiego muzeum zorganizowalo pare wystaw sztuki wschodnioeuropejskiej o wyraznie narodowym charakterze. Dlatego sztuka tej czesci Europy byla w Wiedniu w gruncie rzeczy ilosciowo bardzo dobrze reprezentowana. Zalezy mi bardzo, aby w przyszlosci zrobic wystawe Tadeusza Kantora, gdyz naszym duzym zainteresowaniem ciesza sie postawy artystyczne wywierajace wplyw na sztuke wspolczesna. O to chodzilo nam przy wystawie Roberta Smithsona (2000) o to bedie chodzilo na wystawie Evy Hesse (2004) albo prezentacji Tadeusza Kantora w 2005 roku.

SZTUCE - WOLNOŚĆ!
GG: Jakie były reakcje na projekt Roberta Rumasa wiemy: Pana partner z Polski, Instytut Adama Mickiewicza, wycofał się i zastopował też finanse na ten projekt. Jak ocenia Pan decyzję rządu polskiego?

GMatt: Panstwo usiluje z jednej strony coraz czesciej wycofywac sie z odpowiedzialnosci za rozwoj sztuki i kultury, a z drugiej strony dzialaja nadal stare mechanizny ograniczen, ktore okazjonalnie prowadza do cenzury. Jednak w rozumieniu demokratycznej europejskiej otwartosci szczegolnie instytucje panstwowe beda musialy nauczyc sie, ze do otwarcia na Europe nalezy finansowanie sztuki, szczegolnie sztuki wspolczesnej, ktora przekazuje trudno dostepne tresci. Jako kapital kulturalny, ale takze jako kapital ekonomiczny, bez stawiania warunkow dotyczacych tresci. Do pluralistycznej, otwartej sztuki i polityki kulturalnej nalezy, ze ci, ktorych sie karmi, czasami gryza. I tych, ktorzy to robia nie nalezy karac, gdyz oni sa, jesli nie sola tej ziemi, to na pewno istotnymi motorami odnowy spolecznej i kulturalnej w dobrze funkcjonujacym panstwie.

GG: Dlaczego uważa Pan, że projekt artysty polskiego był "zarazem ciekawy i kontrowersyjny" i w sumie zaszkodził reputacji Polski mniej niż decyzja dyrektora IAM?

GMatt: Mysle, ze Rumas bardzo dobrze poradzil sobie z Karlsplatz, gdyz podszedl historycznie do problemu przestrzeni publicznej. Artysta postawil Kosciol Karola w centrum swoich rozwazan. Hitler kiedy uwazal siebie jeszcze za artyste i staral sie dwukrotnie o przyjecie na Akademie, malowal ten kosciol wielokrotnie. Chodzilo tutaj o pokazanie do czego moze doprowadzic na poziomie politycznym totalitarna wizja wykluczajaca "innego". Projekt Rumasa pokazal takze, ze polityka kulturalna i polityka zagraniczna musza sie kierowac innymi zasadami niz sztuka. Nie widze Kunsthalle w kontekcie wypelniania celow panstwowej polityki kulturalnej, ani austriackiej, ani tez zadnego innego kraju. Szczegolnie w tym wypadku kiedy, cele turystyczne i polityczne staja sie wazniejsze od przeslania sztuki. Decyzje o realizacji tego projektu roztrzygnelo miedzynarodowe jury kierujace sie artystycznymi kryteriami. "Wolnosc sztuki" nalezalo tutaj przelozyc ponad panstwowo-polityczne aspiracje.

CO BY ZROBIŁ HAIDER?
GG: Czy rząd austriacki w podobnej sytuacji zareagowałby dzisiaj inaczej niż polski? Czy nie ma już żadnych tabu w Austrii?

GMatt: Mysle, ze rzad autriacki postapilby inaczej. Gdyz ma teraz wieksze doswiadczenie z przypadkami wprowadzania cenzury panstwowej do procesow przelamywania tabu przez artystow. W totalitarnej Polsce takie problemy przynajmniej w tej formie nie mialy miejsca. W Polsce demokratycznej natomiast istnieja przyklady "nieudanego" wprowadzenia cenzury jak w wypadku Zachety i reakcji na prace Cattelana i Uklanskiego. To nie znaczy jednak, ze w Austrii, jesli chodzi o sztuki plastyczne i o wolnosc wypowiedzi artystycznej, nic niedobrego sie nie dzieje. Szczegolnie w ostatnich latach doszlo tu do zatrucia klimatu w kulturze i sztuce dzieki Partii Wolnosciowej (Joerga Haidera), ktora doprowadzila, jesli mozna to tak okreslic, do duchowej kryminalizacji artystow. Istnieje tez samocenzura, czesto graniczaca z samoograniczeniem u niektorych artystow – jak tez u menadzerow kultury - aby zopobiec odmowie subwencji. Dlatego cos takiego jak p o s t a w a jest poszukiwane, gdyz instytucje sztuki nie sa wykonawcami rozkazow placowek panstwowych, ale istota ich dzalan jest sluzenie sztuce i artystom w celu reprezentowania ich postaw i swiatopogladow. I jeszcze wroce do projektu Rumasa, aby zaprzeczyc argumentowi, ze w ten sposob uczucia poszkodowanych zostaja urazone. Wrecz przeciwnie. Przy pomocy tej "akcji Hitlera" podejta zostala proba odswiezenia w pamieci smutnych aspektow historii, jak palenie ksiazek albo wymordowanie tysiecy niewinnych ludzi. I jesli odmawiamy realizacji takiego projektu to chronimy nie poszkodowanych, ale w rzeczywstosci ich oprawcow i tych, ktorzy chca historie wymazac.

GG: Czy nie uważa Pan, że sztuka dzisiaj znowu bardziej ulega wpływom politycznym? Na przykład w Austrii, gdzie podczas rządów koalicji chrześcijansko-wolnościowej (czarno-niebieskiej) doszło do obcięcia subwencji w sektorze sztuki i kultury, co dotknęło także Kunsthalle?

GMatt: Rzad koalicji chrześcijansko-wolnościowej reprezentowal (obecnie sie rozpadl) rzeczywiscie bardzo zawezone pojecie kultury, uprawiajac praktyke obcinania subwencji szczegolnie wobec artystow i instytucji nastawionych do niego krytycznie. Kunsthalle tez ucierpiala w tym czasie, ale nasza postawa nie zmienila sie w niczym.


Francis Picabia z wystawy "Lieber Maler, male mir..."

WOLNA, SZCZĘŚLIWA KUNSTHALLE
GG: Pomimo, że wiedeńska Kunsthalle Wien jest zdecydowanie uzależniona finansowo od miasta Wiednia?

GMatt: Jesli przyjrzymy sie KHW jako sytuacji modelowej, to jest ona mniej zalezna od polityki niz inne muzea austriackie. Na przyklad niz muzea, ktore sa panstwowe albo te, ktore sa zorganizowane jako istytucje podlegajace ministerstwom, gdzie zaleznosci ciagle funkcjonuja na zasadzie podleglosci. Poza zawierana co trzy lata umowa o subwencji nie ma zadnego innego instrumentu oddzialywania naszego glownego sponsora - Miasta Wiednia - na nasza instytucje. KHW jest wlasciwie najbardziej sprywatyzowana instytucja sztuki w Austrii. O jej modelu stanowi to, ze w sklad zarzadu nie wchodza politycy tylko przede wszystkim przemyslowcy. Prezydent zarzadu mieszka w Szwajcarii i nie ma powiazan politycznych w Austrii. Program i organizacyjne postulaty ustala dyrekcja z zarzadem. Dyrektor nie moze byc wybrany przez politykow przeciw woli zarzadu, ktory sam moze przedluzyc jego kadencje. Zmiana dyrektora moze nastapic za zgoda zarzadu i Miasta. Jedynym zobowiazaniem wobec Miasta Wiednia jest trzyletnia umowa, ktora zaklada, ze KHW jako instytucja prezentujaca sztuke wspolczesna wykona na zlecenie prywatne dzialalnosc kulturalna obejmujaca okreslona najmniejsza ilosc wystaw, na ktore przyjdzie okreslone minimum publicznosci. Jesli te dwa warunki nie zostana spelnione, subwencja zostaje skreslona. Do tego doliczyc nalezy prognoze dotyczaca liczby prezencji i wzmianek w miedzynarodowych i lokalnych mediach. Mowiac na marginesie "New York Times" zaliczyl nas w dlugim artykule do najwazniejszych i najbardziej aktywnych instytucji sztuki wspolczesnej w Wiedniu, a wloskie czasopismo o sztuce "Arte" zaliczylo nasza Kunsthalle obok Tate Modern i Centre Pompidou do 6 najwazniejszych instytucji sztuki wspolczesnej w Europie.

W przeciwienstwie do naszych parametrow Mumok {Muzeum Sztuki Nowoczesnej - przyp. red.] nadal jest zorganizowany w ramach publicznej, a nie prywatnej administracji. Dziala wprawdzie oecnie na wlasny rozrachunek, ale jest obsadzony przedstawicielami ministerstw, ktore moga wywierac przez to wplywy. W Mumoku pracuja takze urzednicy, a w KHW samodzielni pracownicy. Pytanie przed ktorym staja instytucje wystawiennicze w Austrii brzmi, ktora z koalicji politycznych jest dla rozwoju sztuki i dla artystow najlepsza. Jako lobbysci artystow bedziemy starac sie wybrac ta, ktora jest korzystna dla klimatu rozwoju sztuki i kultury. Na pewno nie prawicowo-narodowa koalicje, ktora podzegala uczucia nienawisci do sztuki i wprowadzila kurs oszczedzania w tej dziedzinie.

POPULIZM NIE, PUBLICZNOŚĆ TAK!
GG: Czy nie odnosi Pan wrażenia, że w instytucjach sztuki w ostatnim czasie rola odpowiedzialnych za program artystyczny ulega dewaluacji na korzyść menadżerow odpowiedzialnych za ekonomiczne prosperowanie danej instytucjii? Czy nie cierpi na tym "wolność sztuki"?

GM: Problem ten w takiej formie nie istnieje. Sztuka ma absolutne pierwszenstwo. Instytucja sztuki jest dzisiaj przedsiebiorstwem, w ktorego centrum znajduje sie sztuka. I obowiazkiem tego ktory prowadzi to przedsiebiorstwo jest wystepowac w obronie wolnosci sztuki. Im bardziej udany marketing tym lepiej dla artystow. Nie chcemy robic populistycznych programow, ale trudne programy uczynic popularnymi. Sztuka jest istotnie naczyniem komunikujacym pomiedzy artystami po jednej strony i publicznoscia po drugiej. I jesli chodzi o postawione przez Pania pytanie o management: jesli przez to rozumie sie tylko maksymalna ilosc zwiedzajacych i przychodow, to taki management nie ma nic wspolnego z odpowiedzialnym kierowaniem instytucja sztuki. Przy organizowaniu wystaw chodzi nam o uzyskanie najwiekszych korzysci dla sztuki i dla artystow, a nie dla biurokracji. Mamy przy tym jasno sformuowany program zadan i klasyczny model dyrekcji, w ktorej rekach spoczywa odpowiedzialnosc ekonomiczna i artystyczna

GG: I jeszcze ostatnie pytanie dotyczące kraju nad Wisłą, który dzielą tylko dwa lata od przystapienia do Unii Europejskiej. Jakie są Pana wrażenia? Czego ma polska scena sztuki w nadmiarze, a czego jeszcze jej brakuje, aby być całkowicie kompatybilną ze sceną zachodnioeuropejską?

GM: Co mnie pozytywnie uderzylo to obecnosc i zachwyt szerokich kregow spoleczenstwa dla sztuki i kultury, ktore daleko przerastaja zaangazowanie, jakie pokazuje dotychczas strona polityczna. Na wystawie sztuki autriackiej w Zachecie przed rokiem zauwazylem duze zainteresowanie dla sztuki austriackiej, ale tez innymi kontekstami. Moja uwage zwrocilo, ze instytucje sztuki w Polsce znajduja sie w przejsciowym okresie – panstwo zostawilo je na lodzie i przez taki stan rzeczy sa one zmuszone dzialac silniej ekonomicznie. Co bedzie koniecznoscia to profesjonalizacja managementu. Trzeba przejsc droge od instytucji sztuki jako wiezy z kosci sloniowej, muzeów w ktorych kuratorzy jak eremici pielegnuja wylacznie swoje wlasne upodobania, traktujac publicznosc jak intruzow ku przedsiebiorstwom pracujacym na uslugach kultury i sztuki, ktore traktuja powaznie wymagania, przyzwyczajenia i upodobania publicznosci, ale nie zarzucaja jej populistycznymi wystawami, tylko opracowuja programy na wysokim poziomie artystycznym przekazujac tresci w sposob nowoczesny i zaangazowany. Gdyz takze trudno przyswajalne, skomplikowane i politycznie drazliwe tematy nie powinny byc zaniedbywane.

GG. Dziekuje za rozmowe.
[1.12.2002]


Druga już pośmiertna wystawa Andrzeja Partuma (1938-2002) dobiegła końca w Warszawie (w Galerii Kordegarda). Podczas jej otwarcia poruszająco manifestował Przemysław Kwiek przechadzając się wśród publiczności z tablicą z napisem "Szkoda, że po śmierci". Jerzy Truszkowski po raz kolejny podejmuje dyskusję na temat przemilczanej sztuki Partuma, tym razem odpowiadając recenzentce "Gazety Wyborczej" Dorocie Jareckiej.

CZŁOWIEK INSTYTUCJA PRZECIW SYSTEMOWI

Kwiek & Rytka na otwarciu wystawy "Partum 1938-2002" w Kordegardzie, z prawej "Smrod". fot. Marek Grygiel
Napisać zdanie sensowne potrafi pięcioletnie dziecko. Gdy Pani Dorota Jarecka spróbuje napisać chociaż jedno zdanie w stylu Partuma, to doceni jego niezwykłą umiejętność improwizowania długich absurdalnych przemów. Schludnie ubrane panie redaktorki w gabinetach wyposażonych w instytucjonalne komputery i telefony nigdy nie zrozumieją wysiłku egzystencjalnego Partuma, który musiał tworzyć coś z niczego, żyjąc w nędzy, marząc o znaczkach pocztowych. Etatystyczna mentalność polega na przyzwyczajeniu, że wszystko jest zapewnione, ze słów układa się gładkie zdania.

"Partum 1938-2002" w KordegardzieUmknąc systemowi
Partum wychodził z jaskini, by upolować słowami coś do zjedzenia. Był Wielkim Akwizytorem.
Najlepszym rozwiązaniem byłoby, by każdy zatrudniony na etacie był co drugi rok bezrobotnym,
wtedy rozumiałby wartość bycia człowiekiem-instytucją, jakim był Partum. Oskarżanie artysty i poety o bełkot i niezrozumiałość jest kompletnym nieporozumieniem. W szkolnych wypracowaniach uczniowie muszą pisać, co poeta chciał powiedzieć. To szkolne podejście blokuje później możliwość odbioru poezji. Poezji i sztuki nie należy rozumieć, trzeba ją po prostu odbierać taką, jaka jest. Gdyby poeta chciał coś jasno powiedzieć, to nie byłby poetą, ale agitatorem.
Najważniejsze w sztuce i poezji jest to, co umyka zrozumieniu. Partum doprowadzał czasami niezrozumiałość do krańca, poza którym jest już tylko rozpad słów na sylaby. Jego poezja przyjmowała formę improwizowanych przemów i manifestów. Forma wiersza była dla niego za ciasna, więc od tomików wydawanych za własne pieniądze przeszedł do tekstów przyjmujących formę manifestów myśli teoretycznej. Ale to dalej była poezja, pomimo, że czasami bywała filozofowaniem, czy może myśleniem nomadycznym, unikającym uwięzienia w ciasnocie systemu!

Nicość polityków
Zauważmy wielką aktualność myśli Partuma obecnie. Szczególnie zdania z "Manifestu Sztuki Bezczelnej" z 1977 roku: "Ku artyście, który jest czymś więcej od polityka, gdyż nim nie jest."
To zdanie umieściłem na frontonie Galerii Kordegarda, spełniając niegdysiejsze życzenie artysty, by zaistniało na transparencie w przestrzeni publicznej.
Politycy, uwikłani w niejasne układy. Od życia i cierpienia ludzkiego ważniejsze są dla nich interesy. Np. jakiś czas temu można było przeczytać w gazecie będącej organem rządu RP komentarz, w którym ktoś domagał się zwiększenia obrotów handlowych z reżimem chińskim.
20 milionów ludzi w chińskich obozach koncentracyjnych wytwarza za darmo produkty, które mamy kupować, by wspierać zagładę Tybetańczyków i innych narodów ujarzmionych przez Pekin?
Co polityków obchodzi zagłada ludzi i wyrafinowanej kultury tybetańskiej? Grunt, by kręcił się interes.


"Partum 1938-2002" w Kordegardzie

Film nie potrzebuje ekranu
Wystawa w Galerii Kordegarda ukazała dzieła obnażające nawyki konsumenta sztuki łatwej, lekkiej i bezpiecznej. Taką sztuką Partum gardził. Gardził konsumpcją spektaklu. "Film nie potrzebuje ekranu" (Partum 1973), lustro umieszczone przed projektorem. Kino - to jedynie mamienie publiki tanimi opowieściami,w celu wyciągania kasy z frajerów. Reżyserzy i scenarzyści w swej bezczelności przypisują sobie funkcje kulturotwórcze, a w rzeczywistości powielają i propagują schematyczne, banalne wzorce osobowe i narracyjne, potęgując jedynie ogólny upadek kultury.

Przełomowy smród
"Smród" (Partum 1977) - dzieło przełomowe i prekursorskie wobec tego, co dzieje się w sztuce polskiej w ostatniej dekadzie. Gdyby wystawić w Polsce "Fontannę" Duchampa, to wszyscy krytycy leżeliby przed nią plackiem, gdyż to Francuz nadał status dzieła pisuarowi. Ale Partum wystawił śmierdzącą siarkę w Polsce, więc oficjalni krytycy do dzisiaj nie mogą tego dzieła zauważyć.
Po Partumie pozostało nie tylko kilkadziesiąt przepięknych obrazów. Pozostały również obiekty oraz fotografie z jego akcji. A w sztuce drugiej połowy XX wieku właśnie fotografie z akcji są najbardziej współczesnym przekazem. W sztuce drugiej połowy XX wieku najważniejszy był wysiłek artystów stwarzających sytuacje niezwykłe, przełomowe, sytuacje, w których istotne było indywidualne ryzyko artysty.
Zainteresowanych szczegółami odsyłam do książki mojego autorstwa, wydanej przez Galerię Zachęta "Partum 1938-2002". Jest to trzecia część cyklu "Sztuka krytyczna w Polsce". Poprzednie wydała Galeria Miejska Arsenał w Poznaniu. Prostym językiem przedstawiam w tych książkach awangardowe dokonania, których realizacja wymagała odwagi osobistej, jak i artystycznej.

Z poważaniem, Jerzy Truszkowski
kurator wystawy pośmiertnej "Partum 1938-2002", Galeria Kordegarda w Warszawie do 10. listopada 2002 roku.
[1.12.2002]

"Partum 1938-2002" w Kordegardzie

Jerzy Truszkowski o siarce, którą Andrzej Partum wystwił w galerii sztuki

PRZEŁOMOWY SMRÓD

Według zapisu w kalendarzu KwieKulik 13. grudnia 1977 roku została otwarta w galerii Repassage wystawa autorstwa Andrzeja Partuma zatytułowana "Smród". Co było wystawione? Bryły siarki. Tytuł wskazywał na to, że nie tyle one były ważne, co wydzielany przez nie silny zapach. Partum położył na stole parę brył "wyprodukowanych" przez przyrodę i wydobytych z ziemi przez ludzi. W dodatku bryły śmierdziały.

Partu a Duchamp
Duchamp chciał może zażartować, a może chciał pokazać, że nadawanie statusu dzieła sztuki przedmiotom jest sprawą konwencji społecznej. Partum chciał może pokazać, że problem można rozszerzyć na przedmioty znajdowane w przyrodzie. Nie wybrał jednak kamieni, jako przedmiotów łatwo akceptowanych jako przedmioty dekoracyjne i używane do tworzenia form symbolicznych od czasów kultur megalitycznych. Nie wykonał również gestu prowokacji poprzez wystawienie odchodów ludzkich czy zwierzęcych. Ten gest powielają artyści neoawangardowi na świecie. Partum wystawił bryły siarki, a więc surowiec. Coś, czego ludzie jeszcze nie przetworzyli. Wydzielany smród nie był wytworem biologicznych funkcji człowieka. Był czymś zastanym w przyrodzie.

Śmierdząca galeria
Przemysław Kwiek twierdzi, że publiczność nie wiedziała, że Andrzej Partum polał bryły siarki jakąś substancją, która spowodowała wydzielanie odoru, jednak taka ilość nieosłoniętej siarki w ciągu doby zasmradza skutecznie całe pomieszczenie, co sprawdziło się na wystawie pośmiertnej w Galerii Kordegarda w 2002 roku. Naprawdę Andrzejowi Partumowi chodziło o artystyczną kontestację Galerii Repassage. Od wielu lat krytykował tą galerię.
Jerzy Truszkowski
[1.12.2002]

"Partum 1938-2002" w Kordegardzie


Czas na materiał sensacyjny! Sebastian Cichocki przedstawia grupę THE STUCKISTS, czarująco zacofanych rewolucjonistów, którzy z pędzlem w dłoni marzą o kolejnym przewrocie w sztuce.

Charles Thomson. Waving Goodbye and Sailing Into The Future
BŁAŹNI MALARSTWA
The Stuckists to londyńska grupa artystyczna, którą w 1999 roku założyli dwaj tamtejsi malarze: Billy Childish i Charles Thomson. Mimo, że marzy im się rozbijanie statycznych struktur obrotu sztuką anglosaską, nie odwołują się do współczesnych radykalnych technik multimedialnych, nie sięgają za kamery video, nie uprawiają performance. Po prostu malują. Często nie najlepiej.

Billy Childish.Self Portrait MasturbatingMajtki Tracey Emin
Gazety (niekoniecznie tylko te o sztuce, a nawet częściej te nie o sztuce) zainteresowały się Stuckistami szczególnie po tym jak Charles Thompson - guru całego ruchu, namalował ogólnie szanowanego kolekcjonera sztuki sir Nicholasa Serotę zachłannymi oczyma wpatrującego się w wiszące na sznurze majtki Tracey Emin. Ta londyńska artystka ma zresztą więcej powiązań z grupą The Stuckists. Była niegdyś partnerką Billy'ego Childish'a - to ona dała nazwę całemu ruchowi krzycząc do niego: "Your paintings are stuck, you are stuck! Stuck! Stuck! Stuck!".

Saatchi is sucks
Mimo, że Stuckiści są "stuck" i chcieliby przyjąć do swojej wesołej kompanii Muncha, Schwittersa i Van Gogha zachowują się niepoprawnie, jak na romantycznych artystów przystało. Nie podoba im się handel sztuką w Wielkiej Brytanii, pozycja na rynku jaką ma potentat reklamowy i kolekcjoner Charles Saatchi, to że w galeriach są białe ściany i nie można w nich usiąść na kanapie ani zapalić papierosa. Spluwają na cały dorobek sztuki konceptualnej, szczególnie tej "made in the UK". Mówią, że "Stuckism jest odrzuceniem dwudziestowiecznego modernizmu, który zaowocował zdefragmentowanym, wyizolowanym, opętanym przez materiał, duszącym się akademizmem, istniejącym nie poprzez wartość pracy ale przez instytucjonalną i finansową potęgę, napędzaną przez pochlebstwa przyjacielsko nastawionych krytyków".

Nagroda za idiotyzm

Stuckiści bardzo nie lubią też całego zamieszania jakie towarzyszy nagrodzie Turnera - prestiżowemu wyróżnieniu przyznawanemu raz do roku najciekawszemu brytyjskiemu artyście. To nie tylko 20.000 funtów, ale i potężna promocja w mediach, relacja na żywo z ceremonii wręczenia nagrody w TV Channel 4 (ostatnio kopertę wręczała Madonna), wywiady i ogólnonarodowe (aczkolwiek krótkotrwałe), i nieco histeryczne zainteresowanie sztuką współczesną. Stuckiści przebierają się więc za klownów i paradują przed Tate Gallery, nagrali piosenkę o tej nagrodzie (do kupienia na płycie CD prosto z ich strony internetowej), a także, co najważniejsze, przyznają nagrodę anty-Turnera dla Artystycznego Błazna Roku za "wyróżniający się idiotyzm w dziedzinie sztuk wizualnych".

Sexton Ming

Duggie Fields.Duel of Body and MindPrecz z Brit Artem
Grupa jest ogólnie niezbyt lubiana w Wielkiej Brytanii, a ich ciągłe wygłupy londyńscy krytycy sztuki śledzą ze stale rosnącym niepokojem. Szczególnie Sarah Kent - etatowa recenzentka działu plastycznego w "Time Out" (najpopularniejszym angielskim tygodniku z rozkładem imprez kulturalnych), ma powody by ich nie lubić (i wzajemnie). Już trzykrotnie była nominowana do Anty-Turnera, między innymi za to, że pisze źle o Stuckistach i dobrze o Saatchim. Reasumując: The Stuckists to grupa uroczych błaznów zakochanych w malarstwie i szczerze nienawidzących wszelkich przejawów sztuki konceptualnej. Gdzieś pobrzmiewa w tym wszystkim jakaś nostalgiczna lewacka nuta (zwróćcie na fragment wywiadu w którym Charles mówi o "sztandarze, pod którym jednoczą się ludzie tworząc autentyczne korzenie ruchu"), utopia równości i braterstwa, sprawiedliwego podziału pracy. Oto tęsknota za brudnymi od farby rękami, zapachem terpentyny i etosem artysty-wybrańca. "Precz z Brit Artem, performance, sztuką instalacji, wideo artem, konceptualizmem, minimalizmem i wszystkim ruchami, które pokazują łóżka i martwe zwierzęta by być sztuką" - deklarują z pasją Stuckiści.

Polscy stuckiści mile widziani
Przy okazji wywiadu z główną osobistością ruchu Charlesem Thomsonem (który okazał się zadziwiająco poważnym rozmówcą), prezentujemy premierowe polskie tłumaczenie legendarnego pierwszego manifestu Stuckistów, który poważnie rozwścieczył anglosaski establishment artystyczny. Dziś z dumą wisi on w witrynie galerii Stuckism International - otwartym tego lata centrum międzynarodowego ruchu stuckistowskiego, gdzie członkowie grupy mogą wystawiać i sprzedawać swoje prace. Jest to przedziwne miejsce, gdzie można rozłożyć się w jednej z ogromnych sof, kontemplować nie najwyższych lotów malarstwo powieszone na jaskrawo pomalowanych ścianach, zapalić papierosa, coś zjeść i nie zostać przy tym zauważonym przez obsługę galerii zajęta np. graniem w szachy. Jeśli komuś serce zabije żywiej po odczytaniu kilku pierwszych wersów manifestu Stuckistów, bliski jest mu jego idealizmem, wierzy w malarstwo, nie ufa konceptualistom, nie podaje ręki zamożnym marszandom i uważa, że to ruch stworzony dla niego - to proszę bardzo - założyciel grupy Thomson, czeka na nowy narybek ze wszystkich zakątków świata. Poważnie myśli o wchłonięciu w swoje szeregi kilku wschodnioeuropejskich malarzy o czystych sercach i brudnych od farby dłoniach, tym bardziej, że polskiego stuckisty jeszcze nie było. Na koniec wywiadu radzi więc jak założyć kolejną malarską bojówkę Stuckistów.
Sebastian Cichocki
[25.11.2002]

Philip Absolon
"Jeśli znalazłbym się w ciele Tracey Emin to uświadomiłbym sobie, że moja obecna sytuacja życiowa nie jest wcale taka zła" - wywiad z CHARLESEM THOMSONEM, założycielem grupy THE STUCKISTS
KONCEPTUALIZM UMRZE!

Charles Thompson.Khatereh's Kitchen- Czy ludziom potrzebny jest jeszcze jakikolwiek nowy ruch artystyczny?

- Z pewnością, nowy ruch jest niezbędny, ponieważ sztuka zboczyła trochę z kursu. Tak zwani uznani artyści zyskali swój status gwiazd filmowych tylko i wyłącznie poprzez różne sztuczki, którymi karmi się nienasycona maszyna prasowa. Artyści, którzy wyrażają się z głębi swojej duszy nie mają miejsca w handlowym obiegu sztuką, mimo że są wartościowymi twórcami. Prawdziwe wartości, znaczenia sztuki zupełnie wyparowały w dzisiejszym świecie sztuki opanowanym przez konceptualny establishment. Stuckism istnieje po to żeby wspierać i promować te wartości, a przez to zmienić świat sztuki.

-Dokończ zdanie: "Jeśli znalazłbym się w ciele Tracey Emin to ...".

- Przypuszczam, że nie chodziło ci o jakąś sprośną uwagę, bo Tracey jest mimo wszystko, istotą monogamiczną. Na różne sposoby mogę utożsamiać się z Tracey. Byliśmy przyjaciółmi, we wczesnych latach 80., kiedy ona spotykała się z Billy Childish'em. Wpadała czasami do mojego mieszkania w Maidstone w drodze do swojego domu z uczelni i opowiadała o swoich cierpieniach. Głównie o problemie, jak wycisnąć maksimum satysfakcji seksualnej w związku z Billy'em i nie stracić jego szacunku. Oczywiście w owym czasie bardzo jej współczułem, rzeczywiście utożsamiałem się z jej problemami, szczególnie że przechodziłem wtedy przez podobne sprawy. Teraz gdy myślę o Tracey Emin wiem, ze jej problemem nie jest ciało - problemem jest jej własne ego. I oczywiście jej działania są obroną przeciwko poważnym problemom emocjonalnym, głównie niskiej ocenie własnej wartości. Tak więc sobie myślę, że mógłbym zakończyć twoje zdanie w ten sposób: "Jeśli znalazłbym się w ciele Tracey Emin to uświadomiłbym sobie, że moja obecna sytuacja życiowa nie jest wcale taka zła".

- Co złego dzieje się według Ciebie ze sztuką brytyjską?

- To sztuczna sztuka tworzona przez sztucznych ludzi.

- A nie czujecie się czasem jak grupa klownów - małpująca, irytującą i strojąca głupie miny do artystów konceptualnych? Przyznam, że jak widzę zdjęcia Stuckistów z przylepionymi czerwonymi nosami, w za dużych butach i kapeluszach, niosących tekturową trumnę do White Cube to trudno mi jest myśleć o Was inaczej....

Charles Thomson.Strip Club- To tylko jeden z aspektów działalności The Stuckists. Tak się składa, że jest to ten aspekt, który ściąga na nas w tej chwili największą uwagę, ale myśląc przyszłościowo błazenada jest najmniej istotną częścią naszych działań. Ważnym aspektem są za to wartości, które głosimy poprzez nasze manifesty - szczególnie pojęcie remodernizmu, a także nasze prace malarskie, które od 20 lat wciąż zmieniają się i ulepszają. Konceptualizm umrze wcześniej czy później ponieważ nie niesie on żadnych treści.

- Jak znajdujecie sprzymierzeńców - Stuckistów w innych krajach?

- Głównie przez Internet, czasem przez inne media jak np. National Public Radio w Stanach Zjednoczonych. Byłem zaskoczony kiedy w pierwszej fazie istnienia ruchu, dostawaliśmy e-maile od ludzi z różnych stron świata, którzy zupełnie niezależnie dotarli do tego, nad czym my pracowaliśmy. Stuckism to sztandar pod którym jednoczą się ludzie tworząc autentyczne korzenie ruchu.

- W londyńskim Hoxton otworzyliście tego lata swoją własną galerię Stuckism International. Widziałem tam waszą pierwszą zbiorową wystawę. Będę całkowicie szczery, duża część obrazów, które tam widziałem była raczej mizerna. Czy ktoś może brać wasz ruch na poważnie jeśli wybieracie swoich współpracowników bez poważnej selekcji?

- Niekoniecznie lubię wszystkie obrazy z tej wystawy. Wątpię, żeby ktokolwiek lubił je wszystkie bez wyjątku. Zazwyczaj zjawia się ktoś i mówi: "Ten obraz jest najlepszy na wystawie, a ten w rogu najgorszy". Później przychodzi inna osoba i mówi coś zupełnie odwrotnego. Niektórzy lubią Picassa, a nie lubią Moneta, inni na odwrót. To nieprawda, że członkowie grupy The Stuckists są wybierani bez poważnej selekcji. Członkowie pierwszej londyńskiej grupy oczywiście zostali zaproszeni do udziału w wystawie. Ale od czasu gdy ona została założona, na całym świecie powstało kilkadziesiąt kolejnych małych grup. Nie zachęcamy żadnych super-gwiazd. Wierzymy w takie wartości jak szczerość, indywidualna ekspresja, wolność opinii. Coś może zawieść jeżeli rozważamy to pod względem biegłości technicznej, ale jeżeli chodzi o promowanie wartości może być to sukces. Niektóre wystawy są w specyficzny sposób kuratorowane, ale "The First Stuckist International" było otwarte dla wszystkich grup stuckistowskich - było to ich testowanie jak i zachęcanie do wspólnych działań. Uczelnie artystyczne w Wielkiej Brytanii w ogóle nie zachęcają do malowania, a ktoś musi to robić. Myślę, że powinno oceniać się dany ruch poprzez jego najlepsze przykłady - było przecież mnóstwo mizernych impresjonistów, kubistów, ekspresjonistów. Moim zdaniem - a ja mieszkam z tymi obrazami - było też na naszej wystawie mnóstwo błyskotliwego malarstwa.

- Dokończ zdanie - "Jeśli wygrałbym Nagrodę Turnera..."

- "...byłbym o 20,000 funtów bogatszy niż jestem teraz."

- Najdziwniejsza rzecz jaką zrobiłeś kiedykolwiek aby udowodnić że jesteś artystą ...

- Nie muszę udowadniać że jestem artystą, ponieważ nie interesuje mnie bycie artystą. Interesuje mnie za to robienie sztuki. Po prostu nazywam siebie artystą z wygody - jak tak robię to wtedy ludzie nie myślą, że jestem hydraulikiem albo lekarzem, a to sprawia że życie wydaje się nieco bardziej spójne.

Charles Thompson.Everyone Called Smith in the Barnet Phone Book. After Tracey- Zmieniłbyś teraz cokolwiek w waszym pierwszym, oryginalnym manifeście The Stuckists z 1999 roku?

- Teraz nie, bo manifest jest czym jest - niekoniecznie pasuje mi wszystko co było tam zapisane ani nawet niespecjalnie rozumiem jakie znaczenie mają niektóre sprawy, o których wtedy wspomnieliśmy. Inne fragmenty nie mają dziś już dla mnie osobiście większego znaczenia. To był efekt kolaboracji z Billy Childish'em - jeśli jeden z nas czuł że coś powinno się znaleźć w manifeście drugi nie mógł oponować - to była odwrotność wspólnego podejmowania decyzji. Ogólnie myślę, że to świetny dokument, w którym padło kilka ważnych zdań - jestem bardzo zadowolony, że jestem jedną z osób, które stały za jego powstaniem.

- Ok, powiedzmy, że wszystko co powiedziałeś było bardzo przekonujące i jakiś polski malarz figuratywny po przeczytaniu tego tekstu bardzo chciałby wstąpić w szeregi Stuckistów.

- Niech obejrzy nasze prace, przeczyta manifesty i jeśli dalej czuje się duchowo związany z nami niech wyśle nam e-maila pod adresem stuckism@yahoo.co.uk z dwoma próbkami jego prac w plikach jpg. Ludzie przyłączają się w ten sposób, że tworzą swoja własną grupę stuckistowską, tak jak my zrobiliśmy to na początku - wszystkie nowe grupy są całkowicie niezależne, ale tworzą cześć międzynarodowej siatki. Oczywiście nie oczekujemy zgody na wszystko to co mówimy, chodzi o zrozumienie esencji naszego działania.

Z Charlesem Thomsonem internetowo rozmawiał Sebastian Cichocki (październik 2002) [25.11.2002]

Paul Harvey
Przeciwko konceptualizmowi, hedonizmowi artystycznemu i kultowi jednostki!
THE STUCKISTS - MANIFEST

motto:
"Your paintings are stuck, you are stuck! Stuck! Stuck! Stuck!"
Tracey Emin

Przeciwko konceptualizmowi, hedonizmowi artystycznemu i kultowi jednostki!

1. Stuckizm jest poszukiwaniem autentyczności. Poprzez usunięcie maski mądrości i przyznaniu się do tego gdzie naprawdę jesteśmy, Stuckista pozwala sobie na niekontrolowaną ekspresję.

2. Malowanie jest medium służącym samoodkrywaniu siebie. Angażuje ono całkowicie artystę, odkrywa jego emocje, akcje, myśli i wizje w całej rozciągłości i szczegółach.

3. Stuckizm proponuje holistyczny model sztuki. Jest spotkaniem świadomości i podświadomości, myśli i emocji, duchowości i materializmu, prywatności i przestrzeni publicznej. Modernizm jest szkołą fragmentaryzacji - jeden aspekt sztuki jest izolowany i wyolbrzymiany, po to by zaszkodzić całości. To jest fundamentalne zakłócenie ludzkiego doświadczania i popełnienie egocentrycznego kłamstwa.

4. Artysta, który nie jest malarzem nie jest artystą.

5. Sztuka, która musi być pokazana w galerii aby być sztuką, nie jest sztuką.

6. Stuckista maluje obrazy ponieważ malowane obrazy są czymś co naprawdę się liczy.

7. Stuckista nie jest nigdy hipnotyzowany oszałamiającymi cenami na rynku sztuki, bo całym umysłem zaangażowany jest w proces malowania. Sukces dla Stuckisty to wstać rano z łóżka i malować.

8. Obowiązkiem Stuckisty jest badać własne neurozy i własną niewinność poprzez malowanie obrazów, publiczne ich pokazywanie i wzbogacanie społeczeństwa poprzez dzielenie z nim indywidualnego doświadczenia.

9. Stuckista nie jest artystą robiącym karierę lecz raczej "amatorem" (od łac. amare - kochać, tak jak np. amator jabłek), który podejmuje ryzyko poprzez malowanie na płótnie raczej niż ukrywając się za obiektami ready-mades (jak np. zdechła owca). Amator, nie będąc gorszym od profesjonalistów, stoi w awangardzie wszelkich eksperymentów.

10. Malowanie jest tajemnicze. Stwarza bowiem światy wewnątrz światów, daje dostęp do niewidocznej rzeczywistości mentalnej, którą zamieszkujemy. Rezultaty różnią się radykalnie od materiałów użytych w tym procesie. Istniejący obiekt (np. zdechła owca) blokuje dostęp do wewnętrznego świata - może pozostać jedynie częścią zewnętrznego świata w którym się znajduje - wrzosowiska czy też galerii. Sztuka ready-mades jest polemiką materializmu.

Sexton Ming

11. Postmodernizm jest niedojrzałą próbą małpowania mądrości współczesnego świata sztuki, okazało się że zabrnął on w ślepą uliczką swojego idiotyzmu. To co było kiedyś poszukiwaniem i prowokacją (np. dadaizm) uległo wyświechtanym mądrościom skazanym na komercyjną eksploatację. Stuckiści postulują sztukę żywą, angażującą wszystkie aspekty ludzkiego doświadczenia, śmiałą, zdecydowaną, aby przekazywać idee za pomocą prymitywnego pigmentu i aby odkryć ostatecznie, że wcale nie jest mądra!

12. Przeciwko szowinizmowi sztuki brytyjskiej i kultowi jednostki! Stuckizm jest międzynarodowym anty-ruchem.

13.Stuckizm jest anty-izmem. Stuckizm nie stał się "izmem" ponieważ Stuckizm nie jest Stuckizmem ("it is stuck!").

Ella Guru.Untitled14. Sztuka brytyjska sponsorowana przez Charlesa Saatchiego, konserwatystów i rząd laburzystów kpi sobie z założeń bycia wywrotową czy awangardową.

15. Opętany na punkcie swojego ego artysta stale zabiega o rozgłos medialny wokół swojej osoby, przez co znajduje się permanentnie w stanie strachu bądź poczuciu porażki. Stuckiści uparcie i świadomie ryzykują klęskę odważając się na transmutację swoich pomysłów w królestwie malarstwa. Podczas gdy strach i porażka u egocentrycznego artysty nieuchronnie prowadzą do skrywanej głęboko samo-pogardy, u Stuckisty klęski angażują go w pogłębiający sie proces, który prowadzi do zrozumienia bezcelowości wszystkich wysiłków. Stuckista nie walczy - unika odpowiedzi na pytanie kim się jest i skąd się pochodzi - Stuckista żyje chwilą.

16. Stuckista odrzuca żmudne silenie się na szokowanie odbiorcy, oszukiwanie go i pogoń za nowościami. Stuckista nie patrzy ani w przód ani w tył, zajęty jest za to studiowaniem kondycji ludzkiej.

17. Jesli życzeniem konceptualisty jest bycie zawsze mądrym, obowiązkiem Stuckisty jest być zawsze w błędzie.

18. Stuckista przeciwstawia się sterylności galerii z białymi ścianami i opowiada się za wystawami, które są pokazywane w domach i zatęchłych muzeach z dostępem do stołów, sof, krzeseł i filiżanek z herbatą. Otoczenie w którym sztuka jest doświadczana (raczej niż oglądana) nie powinno być sztuczne i puste.

19. Zbrodnie edukacji: zamiast promować rozwój indywidualnej ekspresji poprzez odpowiedni proces artystyczny (a przez to wzbogacać społeczeństwo), szkoły artystyczne stały się przebiegłym i zbiurokratyzowanym aparatem, którego główną motywacją są korzyści finansowe. Stuckiści nawołują do polityki "otwartych drzwi" przy przyjmowaniu do szkół artystycznych z pominięciem selekcji dotychczasowego dorobku twórczego bądź jego braku. Nawołujemy także do tego aby wszystkie budynki uniwersyteckie były dostępne dla edukacji osób dorosłych bądź celów rekreacyjnych dla okolicznych mieszkańców. Jeśli szkoła czy uniwersytet nie oferują żadnych korzyści społeczności, która gości daną instytucję, nie ma powodów by je tolerować.

20. Stuckizm utrzymuje dalej to wszystko co dotąd odwołał. Odwołujemy tylko to, że zatrzymujemy się na starcie - Stuckizm startuje z przystanku końcowego!

Billy Childish, Charles Thomson, 4 sierpień 1999 r.

Zaproponowano nadanie miana Honorowych Stuckistów następującym artystom:
Katsushika Hokusai, Utagawa Hiroshige, Vincent van Gogh, Edvard Munch, Karl Schmidt-Rotluff, Max Beckman, Kurt Schwitters.

Charles Thomson


Biennale w Wenecji 2003: Ministerstwo milczy, ale są już przecieki...
DRÓŻDŻ DO WENECJI?

Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, zwycięzcą ministerialnego konkursu na wystawę w pawilonie polskim na przyszłorocznym biennale w Wenecji został Paweł Sosnowski, który zaproponował wystawę Stanisława Dróźdża, klasyka poezji wizualnej i konceptualizmu.

Taka decyzja jury jest zaskoczeniem, na szczęście nie przykrym. Znowu jednak poległa kandydatura Pawła Althamera oraz faworyzowana w tym roku - Krzysztofa Wodiczki. Większą niespodzianką niż wybór Stanisława Dróżdża jest nazwisko kuratora, który zgłosił tę kandydaturę, sam artysta przed startem w konkursowe szranki nie znał Pawła Sosnowskiego. Joanna Sosnowska, żona Pawła, autorka książki o historii polskiego uczestnictwa w weneckim biennale, przyznała przy okazji promocji tej ksiażki, że napisała ją z miłości do Wenecji - by móc tam po raz kolejny przyjechać. Teraz - dzięki zwcięstwu męża w konkursie - znowu będzie miała taką okazję. Strach pomyśleć jak by się rozwijała polska historia sztuki, gdyby Wenecja nie kusiła swym romantycznym pięknem...
Na razie czekamy na oficjalne potwierdzenie wyników konkursu i ujawnienie składu jury. Ostateczną decyzję kto będzie reprezentował Polskę w Wenecji podejmie Minister Kultury Pan Dąbrowski.
[17.11.2002]



Pierwszy polski dyrektor w międzynarodowym art worldzie!!!
SZYMCZYK DYREKTOREM KUNSTHALLE W BAZYLEI!

Adam "Lis" Szymczyk, jeden z trójki sterników Fundacji Galerii Foksal, otrzymał w minioną środę nominację na dyrektora Kunsthalle w Bazylei, jednej z najbardziej prestiżowych instytucji sztuki współczesnej! Będzie następcą sławnych kuratorów-dyrektorów Jean-Christophe Amanna i Petera Pakescha i przez kilka najbliższych lat kierować będzie renomowaną galerią w Bazylei - mieście najważniejszych targów sztuki współczesnej i wielu innych instytucji artystycznych. Jeszcze nikt z Polski nie zaszedł tak wysoko w hierachii świata sztuki współczesnej. Gratulacje!!!

Pieniądze to nie wszystko
To nie tylko osobisty sukces Adama Szymczyka, lecz również świadectwo wysokiej reputacji jaką na międzynarodowej scenie artystycznej zdobyła sobie w ostatnich latach Fundacja Galerii Foksal. Okazało się, że możemy nie tylko z powodzeniem lansować zagranicą naszych artystów (Paweł Althamer, Wilhelm Sasnal...) lecz również nasi kuratorzy mogą wygrywać rywalizację ze swoimi zagranicznymi kolegami. Najważniejszy jest zaś fakt, że w tej rywalizacji (tak artystów jak i kuratorów) wszyscy muszą pokonać tę samą drogę - nie ma tu już punktów za pochodzenie, i nie ma również żadnych spisków, liczą się kompetencje, jakość działania, pasja i aktywność, a nie tylko pieniądze i układy jak to się zwykło w Polsce powtarzać.

Będzie przełom?
Wybór Adama Szymczyka na stanowisko dyrektora Kunsthalle w Bazylei jest z wielu względów wyjątkowy i przełomowy. Przełomowy - miejmy nadzieję - zwłaszcza dla tzw. ludzi kultury i sceny artystycznej w naszym kraju. Adam jest pierwszym polskim dyrektorem poważnej zachodniej instytucji artystycznej, w dodatku mianowanym w wyniku międzynarodowego konkursu (80 kandydatów!!), w którym były jasno postawione kryteria i nie liczyły się inne względy niż zawodowe kompetencje kandydata. Szymczyk zostaje dyrektorem nie dlatego, że nam Polakom się to należy, tylko dlatego, że własną pracą - indywidualnie i wraz z Fundacją Galerii Foksal - doszedł do pozycji szanowanego w międzynarodowym świecie artystycznym krytyka i kuratora.

Zniechęta sajdingiem okryta
Przypomnijmy, półtora roku temu "Raster" promował kandydaturę Adama na dyrektora Zniechęty. Nie tpotraktowano tego zbyt poważnie, a "Rzeczpospolita" trafnie zauważyła, że nasz kandydat nie spełnia wymogów konkursowych, bo nie obronił pracy magisterskiej. Cóż, teraz Szymczyk jest już dyplomowanym magistrem i dyrektorem Kunsthalle w Bazylei, a Szwajcarzy się cieszą, że mają młodego dyrektora, który ma dobrą orientację w tym co dzieje się w sztuce młodej generacji i będzie im tę sztukę pokazywał. A w Warszawie okazało się, że nie trzeba w ogóle orientować się w sztuce najnowszej by zostać dyrektorem najstarszej galerii sztuki współczesnej. Sam Adam w wywiadzie dla "Rastra" proponował wówczas, żeby rozpisać międzynarodowy konkurs na stanowiskko dyrektora Zniechęty, ale również ten pomysł przepadł bez echa. Czy nominacja Polaka na dyrektora zasłużonej szwajcarskiej instytucji kultury zmieni coś w sposobie myślenia naszych decydentów, czy też nadal będziemy zasklepiać się w nacjonalistycznej klaustrofobii, w obawie, że przyjdą Niemcy i będą nas germanizować, albo Ruscy, którzy obłożą nas sajdingiem?!

W cieniu Kobzdeja
Szwajcarska nominacja Szymczyka jest ewenementem, to znacznie więcej niż międzynarodowy sukces polskiego artysty - takich mamy już zresztą kilku - bo oto ktoś z Polski, zapracowawszy na to wcześniej, dostaje szansę współkreowania międzynarodowej sceny artystycznej, decydowania o tym, kto będzie następny, wskazywania, kto lub co w sztuce jest godne uwagi. Szymczyk dołącza do grona najbardziej opiniotwórczych osób międzynarodowej sceny artystycznej i to jest fakt naprawdę wielkiego kalibru, nad którym powinniśmy się naprawdę głęboko zastanowić, może nawet w tej chwili głębiej niż nad malarstwem Aleksandra Kobzdeja, któremu "Gazeta Wyborcza" poświęciła obszerny artykuł dokładnie w tym samym wydaniu, w którym w niedługiej nocie poinformowała o nominacji Szymczyka.
A ponad to wszystko, od dziś (a w praktycznie od lipca przyszłego roku) Adam to pierwszy polski dyrektor urodzony w latach 70. I ten fakt jest również znaczący. Odwagi!
[17.11.2002]


Adam Szymczyk z Andrzejem Przywarą w zuju 2001
Krótka, gorąca rozmowa z ze świeżo nominowanym dyrektorem Kunsthalle w Bazylei ADAMEM SZYMCZYKIEM, przeprowadzona specjalnie dla "Rastra" pod osłoną nocy i internetu.
WSZYSCY SIĘ CIESZĄ!

- Jakim budżetem będziesz operował jako dyrektor Kunsthalle w Bazylei?
- Nie jestem upoważniony do odpowiedzi na to pytanie.

- Czy wiesz kto był wśród twoich kontrkandydatow na to stanowisko?
- Nie wiem. Na poczatku było ich 80, w drugim etapie 14, w trzecim etapie 4 i
na pewno byli wśród nich ludzie, których znam, ale nie robiłem wywiadu.

- Na jak dlugo podpisujesz kontrakt?
- Na kilka lat.

- Dlaczego zdecydowałeś się zostać dyrektorem?
- Ostatecznie przekonał mnie entuzjastyczny stosunek komisji konkursowej do mojej kandydatury.

- Czy zdecydowałbyś się rownież na dyrekcję zuja lub znięchety?
- Również? Nie. A czy ogłoszono konkurs?

- Czy powiedziano ci, co było twoim atutem, co przewazyło, że ciebie wybrano?
- Kryteria wyboru zostały opisane w obszernej nocie prasowej Kunsthalle Basel, opublikowanej 13 listopada, kiedy uzyskałem nominację. W skrócie - szukano osoby młodej, zdolnej jednak do pracy z artystami ponad podziałami pokoleniowymi. Oczekiwano przedstawienia precyzyjnie sformułowanej wizji programu Kunsthalle, wyraziście odróżniajacego się od innych wysokiej klasy instytucji artystycznych w Bazylei (Kunstmuseum, Museum fuer Gegenwartskunst, Fundacja Beyeler, Muzeum Tinguely i in.). Szukano kandydata dobrze zorientowanego w sztuce współczesnej róznych krajów, nie tylko zachodniej Europy i USA, operującego pomiędzy różnymi sieciami wymiany informacji, niezależnego od jednego układu towarzysko-artystycznego. Atutem były związki kandydata ze szwajcarską sceną artystyczną. Wymogiem niezbędnym była umiejętność poprowadzenia zgranego kilkuosobowego zespołu pracowników oraz przedstawienie koncepcji zarządzania skomplikowaną instytucją o 150-letniej tradycji, w której jest także kolekcja sztuki współczesnej. Argumentem dla komisji decydującym była moja wizja programu Kunsthalle. Komisja uznała, że pracując w Fundacji Galerii Foksal, która, jak napisano w nocie prasowej "w ostatnich latach odgrywa kluczową rolę w przedstawianiu polskich artystów w kontekście międzynarodowym oraz wybitnych artystów zagranicznych w Polsce", nabyłem doświadczenie pracy z artystami. Że nauczyłem się efektywnosci działania w trudnych warunkach ekonomicznych i politycznych. I że będę w stanie zrealizować swój program.

- Jaki jest twój pierwszy dyrektorski/kuratorski projekt, który będziesz chciał zrealizować w Kunsthalle w Bazylei?
- Jeszcze nie wiem. Mam kilka wykluczających się wzajemnie pomysłów. Wszystko dotrze się na miejscu. Zaczynam pracę na stałe od lipca 2003. W Kunsthalle zostanie najpierw przeprowadzony gruntowany remont całego budynku, który będzie trwał kilka miesięcy. W tym czasie zrobię rozmaite projekty - nie tylko wystawy - w mieście, może także w jego okolicach, w innych
instytucjach oraz w miejscach nieartystycznych. A potem będzie pierwsza wystawa w odnowionej Kunsthalle. Rodzaj gry wstępnej, obłaskawiania budynku pieszczotami.

- Czy masz jakieś "propolskie" plany wystawowe? Czy w ogóle mieści się to w twojej misji? Czy można na to liczyc?
- Nie mam specyficznie propolskich planów wystawowych i nie mieszczą się one w mojej misji. Natomiast jestem zawsze otwarty na ciekawe propozycje artystyczne, polskie i niepolskie bez różnicy. Mój poprzednik Peter Pakesch zrobił w Kunsthalle indywidualne wystawy Krasińskiego (1996) i Althamera (1997) wyprzedzając kuratorów dużych instytucji w Polsce. A jest Austriakiem.

- Z jakimi reakcjami się spotykasz po ogłoszeniu twojej nominacji - co "mówi się" w Bazylei, a jak reagują ludzie w Warszawie?
- W Szwajcarii wszyscy bardzo się cieszą, że mianowano nowego, młodego dyrektora ich ukochanej Kunsthalle i że został nim ktoś z dalekiego kraju, ktoś kogo trochę znają, ale jeszcze nie do końca. Reakcje mediów po mojej pierwszej konferencji prasowej były bardzo pozytywne. Sposób "prowadzenia" całej sprawy nominacji przez prasę szwajcarską zasługuje na pięć plus z
dziennikarstwa. W Warszawie dostalem (i ciągle dostaje) dużo maili, telefonów i smsów z gratulacjami od różnych ludzi, którym chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować za dobre słowo i za przyjaźń. "Wyborcza" napisała o mnie na stronie kulturalnej. W kilkuzdaniowej nocie
znalazła się między innymi informacja, że opublikowałem zbiór opowiadań w 1995 roku. To prawda. Wciąż jednak pozostaje tajemnicż, jak i dlaczego zostałem dyrektorem Kunsthalle w Bazylei.
[17.11.2002]


Adam Szymczyk z Gregorem Schneiderem w Galerii Foksal, 1998



Uwaga wystawa, uwaga konkurs! Nagrody do wygrania!!

JABŁOŃSKA KONTRA JABŁOŃSKA!!!
Już w piątek 22 listopada o godzinie 18.00 w katowickiej Galerii Sektor 1 dojdzie do artystycznej konfrontacji pomiędzy dwoma artystkami noszącymi, dziwnym zrządzeniem losu, to samo nazwisko - Elą Jabłońską i Małgorzatą Jabłońską. Wszystko wskazuje na to, że wystawa będzie miała charakter gry, prywatki, nieformalnego zgromadzenia domowych konspiratorów, miłośników dobrej kuchni i wysublimowanej sztuki. Jak głosi tekst w katalogu: "Mimo, że w tytule wystawy jest słowo "kontra" i myślimy o meczu, jakiejś rozgrywce, tak naprawdę jest to spisek dwóch artystek przeciwko wszystkim tym, którzy konsumują sztukę zbyt pośpiesznie. Chodzi o sytuację w której mężczyzna i kobieta śmieją się pospołu, siedząc na kanapie, pijąc świeżą herbatę i snując wyborne historie. To wystawa-układanka: dlatego trzeba wydobyć na powierzchnię przedmioty, które mają prawdziwe znaczenie: zabawki, śpiwory, grzałki do butów, tajemnicze pudełka, długopisy. Trzeba więc mieć się na baczności, bo w przytulnych, ludzkich mieszkaniach istnieją takie zakamarki gdzie... No właśnie, dokładnie nie wiadomo co może się w nich wydarzyć. Wessanie pod dywan w przedpokoju i znalezienie się w kuchni jest wydarzeniem z gatunku prozaicznych."
Specjalnie dla czytelników "Rastra" przygotowany został specjalny quiz związany z tą wystawą.
Ela Jabłońska
Małgorzata Jabłońska

Obie artystki różnią się nie tylko imionami, ale również poglądami na różne sprawy. Przeczytajcie 25 poniższych zdań i odgadnijcie, autorem których jest Ela, a których Małgorzata. Trzy osoby, które trafnie przyporządkują najwięcej sentencji otrzymają nagrodę - ręcznie numerowany i podpisany przez obie artystki katalog wieńczącye projekt "Jabłońska kontra Jabłońska", Ela i Małgosia złożą na nim unikalne szminkowe odciski swoich ust!
Odpowiedzi prosimy wysyłać do końca listopada pod adresem: cichocki@free.art.pl do końca listopada. A więc do dzieła:

1. Gdybym nie była artystką... zostałabym księdzem, pamiętam jak w dzieciństwie uwielbiałam bawić się w księdza, zakładałam na szyję taki długi szalik mojej starszej siostry, podkradałam kilka opłatków czekających na wieczór wigilijny, wycinałam z nich kółeczka i wsypywałam do srebrnego kielicha, który z kolei przykrywałam dużą ilością wyprasowanych i złożonych w kostkę chustek do nosa, potem te chustki składałam i rozkładałam, znów składałam i znów rozkładałam na takim malutkim stoliczku, brakowało mi zawsze takich małych buteleczek z płynami....

2. Gdybym nie była artystką... to nikt nie pytałby mnie czego nie lubią artyści albo krytycy sztuki, ani o jajecznicę, ani o malarstwo. No, może o jajecznicę jeszcze tak.

3. Wierzę w... sens zwykłej, ludzkiej życzliwości.

Ela Jabłońska

4. Wierzę w... "ludzi, jestem przeciwko bezrobociu i wyzyskowi, chcę pomagać bezbronnym i pokrzywdzonym"

5. Zabrałabym dwuletnie dziecko do... lasu na poziomki, do piasku nad morze, do sklepu na zakupy, do wody nad jezioro, do babci na obiad, do parku na rower, do raju na ambrozję.

6. Mężczyźni gotują... fantastycznie, właściwie wszyscy bez wyjątków. Różnica polega tylko na tym, że niektórzy lubią bardzo o tym rozmawiać albo pisać. Mój sąsiad na przykład gotuje i opowiada, zajada i opowiada, a opowiedzieć potrafi wiele o takim dajmy na to małym ziemniaczku mógłby gadać godzinami

7. Mężczyźni gotują... bo lubią. Rzadziej - bo muszą.

Małgorzata Jabłońska

8. Jedzenie jest... czasem niezbyt rozsądne. Spożywczy wizerunek niektórych produktów wydaje się złudny. Tabletki do zmywarki podszywają się pod nadziewane cukierki a pewne gatunki mydła pod owocową galaretkę, niestety.

9. Jedzenie jest... z jednej strony czynnością podstawową, ale z drugiej zupełnie wyjątkową, można jeść, ale i pałaszować, degustować, ale i wtranżalać, przekąszać i wtryniać, pożywiać się i młócić, skubać i dopychać brzucha, raczyć się i pucować, chapnąć, przetrącić i frygać, tak czy owak jest przyjemne.

10. Na ścianach mojego domu..., a jest ich dokładnie cztery, wisi jeden rysunek, bardzo ładny, jest to rysunek mojego syna Antka, rysunek długopisowy przedstawiający miasto Tanzwil, w którym mieszka nieporadny burmistrz, zły Mojo Jojo, oraz Atomówki, trzy maleńkie dziewczynki z kucykami, posiadające nadludzką moc i siłę, będące uosobieniem dobra i piękna.

11. Na ścianach mojego domu... nie ma nic szczególnego. Z zewnątrz dość podstarzały tynk oryginalnie w kolorze mchu. Musiał być bardzo ładny.

12. Mężczyźni nie lubią... kiedy ich się nie lubi. Można się założyć, że nie lubią przykrych niespodzianek, a niektórzy dodatkowo szpinaku albo na przykład brzydkiej pogody.

13. Mężczyźni nie lubią... wielu rzeczy. Radek nie lubi kiedy jego żona pali papierosy, Tomek nie lubi kiedy ktoś mu się sprzeciwia, Krzysiek nie lubi poranków w hotelu, Darek nie lubi buractwa, ale nie dookreślił, Jacek nie lubi gdy robi mu się gorąco w supermarkecie, Andrzej nie lubi kiedy ktoś od niego czegoś oczekuje lub wymaga, Michał nie lubi swojej żony, Antek nie lubi zupy szpinakowej, Jarek nie lubi czarnych swetrów z golfem, Patryk nie lubi poranków na kacu kiedy mama odkurza nieopodal, Dawid nie lubi skarpetek, które zsuwają się z kostki i wędrują do czubka buta.

Małgorzata Jabłońska

14. Krytycy sztuki nie lubią... kiedy ich się nie lubi. Można się założyć, że nie lubią przykrych niespodzianek, a niektórzy dodatkowo szpinaku albo na przykład brzydkiej pogody.

15. Krytycy sztuki nie lubią... rzeźb gipsowych, tłoku w autobusach, karkówki z grilla, instalacji, obrazów olejnych, spodni w kratkę, ciepłego piwa, małych miasteczek, wolnej jazdy kolejką wąskotorową.

16. Nigdy nie interesowałam się... jak się orze pole. Jestem bardzo miejskim wytworem.

17. Sztuka to... syf - powiedział Jacek, który właśnie wszedł do domu i przeczytał początek zdania, poczęstował mnie tuptusiem, to takie ciastko, podobno świetne, ugryzłam (ciastko oczywiście), no niezłe, strasznie wciągające, zjadłam już trzy, są chyba bardzo kaloryczne, no tak kruche ciasto, karmel, orzechy, rodzynki, chrupki ryżowo-kukurydziane i to wszystko w mlecznej czekoladzie. A Jacek mówi, mówi, mówi, teraz mówi że jednak sztuka to nie jest syf, co to w ogóle za pomysł z tym syfem, nie rozumiem.

18. W moim domu są takie zakamarki... gdzie chowa się kot kiedy chce mieć trochę świętego spokoju. Zazwyczaj to szafa z przesuwanymi drzwiami i kosz na rzeczy do prasowania.

19. W moim domu są takie zakamarki gdzie... boję się zaglądać, tak, tak. Nie jest to jednak strach przed nieznanym, ale strach przed niemożnością poradzenia sobie z agresywnymi przedmiotami, które potrafią skutecznie zaatakować.

20. Jajecznicę robi się... w niedzielny poranek albo w sytuacjach awaryjnych. Bo szybko, łatwo i jest ciepła i podzielna... U mnie w domu smaży się ją czasem z pomidorami.

21. Jajecznicę robi się... następnego ranka, na śniadanie, właściwie najlepiej kiedy robi ją Ktoś, wtedy może być nawet z cebulą.

22. Nigdy w życiu... nie wsiądę na karuzelę!!

23. W przyszłym roku muszę... nauczyć się prowadzić samochód.

Ela Jabłońska

24. Jak jestem głodna to... zjadam natychmiast cokolwiek mam pod ręką, na przykład długopis, najbardziej lubię cienkopisy Steadlera w kolorze liliowym.

25. Zwierzęta mogą zrozumieć... że już czas wkroczyć do akcji i pokazać tym głupim ludziom, że wcale nie jest tak źle jak im się wydaje. Wtedy pies wpakuje się na kolana, poliże, pocieszy, nosem znacząco szturchnie gramofon. A kiedy nastawimy wreszcie płytę i uciekną smutki, pies westchnie z ulgą i ułoży się do snu. Najlepiej gdzieś bliziutko...
[17.11.2002]

Małgorzata Jabłońska
Ela Jabłońska


LISTY OD CZYTELNIKÓW

Czy "Raster" jest niewdzięczny? Agnieszka Dzieduszycka broni Roku Polskiego w Austrii, my precyzujemy o co nam chodzi.
WIĘCEJ EMPATII!!!

drogi michale i łukaszu,
z dużym zainteresowaniem przeczytałam w ostatnim rastrze refleksję dotyczącą programu wystawienniczego roku polskiego w austrii, aczkolwiek parę sformułowań jest mało precyzyjnych. zastanawia np. co konkretnie oznacza sformułowanie "panujące w kraju układy i zastane kliki". "dramatyczne towarzyskie wybory" są równie enigmatyczne. w tym kontekście, to naprawdę wielkie szczęście, że ktoś kiedyś spotkał się z galerią fotohof, zaproponował jej współpracę, a następnie zarekomendował wizytę w galerii raster, co zaowocowało powstaniem "sycącej się
różnorodnością wystawy".
ciekawi też, do której z wymienionych w tekście kategorii pracy kuratorskiej zaliczacie pozytywnie oceniony w tym samym wydaniu rastra "pejzaż semiotyczny", największą grupową prezentację, jaka się odbyła w ramach roku polskiego. ale o tym już niestety nie wspominacie...
życząc więcej empatii i dystansu do własnych myślowych rastrów w dalszej walce z wyświechtanymi wiatrakami, pozdrawiam serdecznie,
agnieszka k-d

Odpowiedź redakcji:
NAPRAWDĘ, NIE CHCIELIŚMY TEGO NAPISAĆ!
Droga Agnieszko, faktycznie, sformułowania które pojawiły się w naszej krótkiej relacji z Salzburga były nieprecyzyjne i czytelnicy mogli wyrobić sobie mylny pogląd, jakoby imprezy Roku Polskiego w Austrii były jedynie pasmem artystycznych porażek. Oczywiście tak nie jest, a wystawa w Galerii Fotohof w Salzburgu - podkreślamy - również odbywa się w ramach Roku Polskiego. Do czasu wyjazdu do Salzburga żyliśmy wręcz w przeświadczeniu, że Rok Polski wspiera i pokazuje w Austrii wyłącznie ambitne przedsięwzięcia artystyczne i kuratorskie. Tym większe było nasze zdziwienie gdy podczas pobytu w Salzburgu wpadły nam w ręce ulotki i katalogi innych polskich wystaw odbywających się w tym czasie, o których przed wyjazdem nic nie widzieliśmy. Były to: wystawa polskiej fotografii współczesnej w Rupertinum w Salzburgu oraz wystawa "Sąsiad(ka)-Nachbar(in)" w WUK w Wiedniu. Zawartość tych druków (zresztą po części pokrywająca się) była dla nas rozczarowująca, czemu wyraz daliśmy w relacji na łamach "Rastra". Oczywiście, przykro nam z tego powodu i tym bardziej przykro nam, że tobie jest przykro, naprawdę wolelibyśmy nie widzieć tego co zobaczyliśmy i w ogóle o tym nie pisać.
[17.11.2002]



Maurizio Cattelan : “Untitled (Scelleton Vase), 2000. Foto. NMWB

Kto jest najsławniejszym żyjącym artystą? 1. Polke, 2. Richter, 3. Nauman. Urszula Usakowska-Wolff komentuje najnowszą edycję najstarszego rankingu artystów współczesnych publikowanego co roku w niemieckim piśmie ekonomicznym "Capital"
SŁAWNI I BOGACI NIEMCY I AMERYKANIE

Od trzydziestu dwóch lat dzień 1 listopada oczekiwany jest przez międzynarodowe sfery artystyczne z ogromnym napięciem. Tego bowiem dnia, tradycyjnie na półmetku odbywających się w tym czasie targów sztuki Art Cologne w Kolonii, na artystycznym niebie pojawia się plejada "Wszystkich Świętych" - sto najjaśniej świecących gwiazd sztuki współczesnej. Ten zmienny gwiazdozbiór pod tytułem "Kunstkompass" ("Kompas sztuki") bulwersował na początku artystyczny światek. Niemieccy galerzyści domagali się publicznego spalenia rankingowej listy, szwajcarski rzeźbiarz Jean Tinguely chciał być z niej wymazany, zaś jego przyjaciel i współtwórca grupy Nouveaux Réalistes, Pierre Restany określił ją w dziesięciolecie jej istnienia jako "piękny skandal", w przeciwieństwie do niemieckiego malarza Gerharda Richtera, dostrzegającego w niej "piękną zabawę".

Uczennica Beuysa na usługach Kapitału
"Kompas Sztuki" publikowany jest corocznie w 23 numerze kolońskiego dwutygodnika "Capital". Wymyślony został w 1970 roku przez Willi Bongarda, dziennikarza, specjalistę od spraw ekonomicznych, autora wydanej (w 1968 roku) pierwszej w Niemczech książki o związkach sztuki z komercją ("Kunst und Kommerz" - "Sztuka i komercja"). Po śmierci Willi Bongarda w 1985 roku sterowanie "Kompasem Sztuki" przejęła małżonka inicjatora, Linda Rohr-Bongard, krytyczka sztuki, artystka, uczennica Josepha Beuysa.

Miernik zaufania do inwestowania
"Kompas sztuki" czyli "ranking stu najsłynniejszych artystów" jest ogólnie uznaną instytucją, którą "Wall Street Journal" określił jako "jedyny godny zaufania miernik sztuki współczesnej", zaś "Herald Tribune" poleca ją swoim czytelnikom jako "niezbędną pomoc przy zakupach na międzynarodowych targach sztuki". Z corocznego, listopadowego wydania "Kompasu sztuki" można dowiedzieć się, jakie są kryteria, decydujące o tym, kto trafia na listę "Wielkiej setki": przedmiotem oceny są "ranga i sława współczesnych artystów, bez względu na ich rynkowe i komercyjne sukcesy". Pani Linde Rohr-Bongard wychodzi z założenia, że "jakość sztuki nie jest wymierna, w przeciwieństwie do oddźwięku w świecie fachowym". Zadaniem listy rankingowej stu najsłynniejszych artystów współczesności jest "ułatwianie inwestycji i zmniejszanie ryzyka zakupu". Kolekcjonerzy powinni więc kupować artystów, którzy są na oczach i ustach muzealno-krytycznego świata. "Punkty sławy" przyznawane są bowiem za udział w wystawach indywidualnych, organizowanych w 160 renomowanych muzeach i placówkach kulturalnych, za uczestnictwo w jednej lub kilku spośród 130 ważnych wystaw zbiorowych i za recenzje w liczących się magazynach sztuki na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy.


Sigmar Polke: “Laterna Magica (Historia psa)“, 1989-1992. Fot. Bundeskunsthalle Bonn

Potęgi ekonomiczne i artystyczne
To, co wynika z najnowszego międzynarodowego rankingu artystycznego nie powinno być specjalnym zaskoczeniem, skłonić może jednak, jeżeli nie do działań, to przynajmniej do refleksji: aktualnie i potencjalnie czołowi światowi artyści mieszkają w krajach, które są mocarstwami gospodarczymi, czyli mniej więcej po połowie w państwach angielsko- i niemieckojęzycznych i państwach do nich geograficznie (Holandia, Dania, Finlandia, Belgia, Francja, Włochy) lub gospodarczo zbliżonych (Japonia). Wśród czołowych tegorocznych artystów są wprawdzie: 69-letni instalator Ilya Kabakov z Ukrainy (pozycja 6), o rok od niego starszy pionier sztuki wideo Nam June Paik z Korei (pozycja 15), 66-letni przedstawiciel arte povera Jannis Kounellis z Grecji (pozycja 20), 47-letnia video i foto artystka Shirin Neshat z Iranu (pozycja 31), 40-letni Gabriel Orozco z Meksyku (pozycja 64), 35-letni rzeźbiarz i instalator Olafur Eliasson z Islandii (pozycja 29), 56-letnia performerka Marina Abramowic z Jugosławii (pozycja 79), 41-letni Rirkrit Tiravanija z Tajlandii (pozycja 71) oraz jego równolatek Jorge Pardo z Kuby (pozycja 80), ale już dawno opuścili oni swoje ojczyste strony, żeby przenieść się do Nowego Jorku, Londynu, Berlina lub Kolonii.

Na Zachodzie bez zmian
Pierwsze cztery miejsca na liście zajmują niezmiennie od czterech lat: niemieccy malarze Sigmar Polke (ur. 1941) i Gerhard Richter (ur. 1932), amerykański rzeźbiarz i wideo artysta Bruce Nauman (ur. 1942) oraz niemiecka konceptualistka Rosemarie Trockel (ur. 1952). Na piątym miejscu uplasowała się 48-letnia amerykańska foto artystka Cindy Sherman (w ubiegłym roku zajmowała szóste miejsce), na szóstym wspomniany już Ilya Kabakov (rok temu był na piątym miejscu), na siódmym od dwóch lat figuruje najstarsza kompasowa międzynarodowa gwiazda, pochodząca z Francji 91-letnia amerykańska rzeźbiarka Louise Bourgois, ósme zajmuje jej 58-letni rodak i ulubieniec "Rastra" Christian Boltanski (w ubiegłym roku przyznano mu dziesiąte miejsce), z ósmego na dziewiąte miejsce spadła natomiast 40-letnia Szwajcarka Pipilotti Rist (która w 1999 roku zdobyła szturmem dziesiąte miejsce), zaś z ósmego na dziesiąte miejsce obsunął się w tym roku niemiecki malarz Georg Baselitz (ur. 1938).


Bruce Nauman: “Four Pain of Heads“, 1991. Fot. Zwirner+Wirth

Narodziny artystokracji z ducha kreacji
"Kompas Sztuki" jest więc rankingiem przedstawicieli wszystkich artystycznych pokoleń i cieszących się uznaniem kierunków artystycznych: malarstwa, wideo, sztuki (multi)medialnej, fotografii, rzeźby, konceptualizmu i instalacji. Jest też rankingiem czołowych galerii, bez których artyści nie mogliby zaistnieć na międzynarodowych parkietach sztuki, po których poruszają się krytycy, kolekcjonerzy i kuratorzy. Na międzynarodowy sukces narodowej artystki i narodowego artysty składa się - poza ich twórczą pracą - wysiłek reprezentujących ich narodowych i międzynarodowych galerii (wystawców-agentów, pośredników w kontaktach z kolekcjonerami), kuratorów, organizujących w różnych miejscach świata wystawy, dostrzeżone przez krytyków z opiniotwórczych mediów. Jeżeli ta "gra pięknego kreowania" prowadzona jest umiejętnie, opłaca się niekiedy już po bardzo krótkim czasie wszystkim jej uczestnikom. Najlepszym przykładem jest sukces młodej sztuki brytyjskiej, zwanej "Young Brit Art", wykreowanej przez kolekcjonera Charlesa Saatchi na mroczny i krwawy lub kolorowy i odlotowy przedmiot pożądania międzynarodowych koneserów z kręgów "New Economy." Po pokazach jego kolekcji na wystawie "Sensation" w szacownej Królewskiej Akademii Sztuk w Londynie (1997, a także w muzeum Hamburger Bahnhof w Berlinie (1998/99) oraz Brooklyn Art Museum w Nowym Jorku (1999/2000) pozycja rynkowa 36-letniego dziś Damiana Hirsta (miejsce 78), 50-letniej Mony Hatoum (miejsce 58) i 39-letniej Rachel Whiteread (która w tym roku z marszu znalazła się na 84 miejscu) nie budzi żadnych wątpliwości. Mimo że zgodnie z zasadami punktacji "Kompasu artystycznego" sukces rynkowy nie jest brany pod uwagę, część brytyjskich artystów, którzy znajdują się w jubileuszowej setce, swoją sławę zawdzięcza właśnie "sensacyjnej" kolekcji.

Stare i młode gwiazdy międzynarodowe
"Kompas sztuki" rejestruje także wschodzące gwiazdy międzynarodowej sztuki: należą do nich w tym roku - oprócz wspomnianej już brytyjskiej rzeźbiarki Rachel Whiteread - mieszkający w Londynie niemiecki fotograf, 36-letni Wolfgang Tillmanns, laureat ubiegłorocznej nagrody Turnera, który szturmem zbobył 56 miejsce ( w ubiegłym roku uplasował się w drugiej setce "Kompasu sztuki" na 118 pozycji). Największy skok do przodu wykonał brazylijski instalator Ernesto Neto (ur. 1964), który poprawił się o 83 miejsca i znalazł się w tym roku na 95 pozycji międzynarodowego rankingu artystycznego. Do najwybitniejszej setki doszlusowali także teraz po raz pierwszy: brytyjski pop artysta Richard Hamilton (ur. 1922), który zajmuje 83 miejsce, 66-letni japoński konceptualista On Kawara (miejsce 85), 48-letnia belgijska malarka Marlene Dumas (miejsce 91), o rok od niej starsza amerykańska foto artystka Nan Goldin (miejsce 96) zaś na ostatnim, 99 miejscu figuruje małżeństwo niemieckich fotografików Bernd i Hilla Becher (71 i 68 lat).


Louise Bourgeois: “Spider“, 1997. Fot. Kunsthalle Bielefeld
W poczekalni
Co roku "Kompas sztuki" ocenia 11 tysięcy artystów i namierza także potencjalne gwiazdy przyszłego sezonu. Największe szanse na znalezienie się na przyszłorocznej liści stu najsławniejszych gwiazd mają: fińska wideo artystka 43-letnia Eija-Liisa Ahtila (w ubiegłym roku pozycja 143, w tym roku 103), znana z charakterystycznych wycinanek 34-letnia Afroamerykanka Kara Walker, meksykański artysta Francis Alys (ur. 1950), 33-letni instalator i rzeźbiarz Gregor Schneider - sensacja ubiegłorocznego Biennale w Wenecji; koreański instalator Kim Soo-Ja (ur. 1957), 62-letni body artysta Vito Acconci z USA; 57-letni wideo artysta i malarz Jack Goldstein, również z USA; 37-letnia włoska artystka Monica Bonvicini oraz Iza Genzken (ur. 1948) i Maria Eichhorn (ur. 1962) z Niemiec. "Kompas sztuki", czyli ranking obecnych i przyszłych artystycznych gwiazd jest dowodem tego, że światowa ranga i sława może stać się udziałem artystki i artysty każdego pokolenia, pod warunkiem, że we właściwym czasie ich sztuka lub osobowość stanie się przedmiotem zainteresowania właściwych, czyli miarodajnych osób z kręgów światowego (także finansowego i medialnego) establishmentu, które sprawią, że ich dzieła zaprezentowane zostaną na właściwej imprezie narodowej i międzynarodowej, we właściwej placówce kulturalnej i we właściwym muzeum.

Niewymowna nieobecność

Dokonania wystawienniczo-publikatorskie miarodajnych instytucji artytystycznych i krytycznych z naszej części świata w ocenach "Kompasu sztuki" nie są brane pod uwagę. Kreującej najsławniejszych stu artystów pani Linde Rohr-Bongard nieobce są wprawdzie, jak mówi - bardzo trudne do wymówienia imiona i nazwiska Tomasza Ciecierskiego, Katarzyny Kozyry i nieco łatwiejsze Edwarda Dwurnika, Mirosława Bałki i Piotra Uklańskiego, a także kuratorów Jaromira Jedlińskiego i nie sprawiającej w Niemczech żadnych artykulacyjnych trudności Andy Rottenberg. Można domyślać się, że sztuka trudnego wymówienia prowadzi do nie zaistnienia w "rankingu stu najwybitniejszych artystek i artystów współczesnych". Ranking wprawdzie co roku trochę się zmienia, ale niezmiennie brak w nim naszych swojsko brzmiących nazwisk.
Urszula Usakowska-Wolff
[7.11.2002]

Gerhard Richter, Betty, 1988, The Saint Louis Art Museum
Dodatkowe informacje pod adresem http://www.capital.de/kunstkompass


Podróże artystyczne "Rastra": Salzburg
Wraz z galeryjną kanapą i serią nowych pocztówek, na zaproszenie sympatycznych kuratorów z Galerii Fotohof, "Raster" udał się do Salzburga, by wziąć udział w wystawie "Aktuelle Fotokunst aus Polen".

KANAPA RUSZA W ŚWIAT


Jedna z serii pocztówek wydanych przez "Raster" z okazji wystawy w Salzburgu

Czekoladowy Mozart i lesbijki
Chociaż miasto rodzinne Mozarta nie jest metropolią tętniącą życiem artystycznym ani nocnym (zwłaszcza w listopadzie), na tle barokowej zabudowy Fotohof wyróżnia się pozytywnie modernistycznym umiarem architektury i międzynarodowym programem wystaw. Poza dwiema salami ekspozycyjnymi galeria dysponuje również biblioteką, która tak jak galeria wyspecjalizowana jest w fotografii. Fotohof, ciesząca się w Austrii opinią najlepszej tutejszej galerii fotograficznej, prowadzi również własną serię wydawniczą, a najnowszym jej dziełem jest kalendarz na rok 2003 autorstwa Katriny Daschner (znanej nad Wisłą z udziału w niedawnej austriackiej wystawie w Zniechęcie) pod znamiennym tytułem: "Do lesbians have better sex? Of course they
do!"
Zabójcza siła modernizmu
W końcu jednak modernistyczna dyscyplina Fotohofu ma także swoje mankamenty, o czym przekonał się jeden z redaktorów "Rastra" rozbiajając sobie głowę na niewidzialnych szklanych drzwiach w biurze galerii. Wcześniej ofiarą tych samych drzwi padła inna (również znana z wystawy w Zniechęcie) austriacka artystka Ulrike Lienbacher, łamiąc sobie o nie zęba. Poza tym jednak mieliśmy naprawdę wiele szczęścia, gdyż wystawa, w której wzięliśmy udział była kuratorowana przez przedstawicieli Fotohof, którzy podczas pobytu w Polsce sami dokonali wyboru artystów i prac na wystawę.
Rok czy wyrok?
Takiego szczęścia nie miało wielu innych polskich artystów, którzy biorą obecnie udział w licznych imprezach Roku Polskiego w Austrii, przygotowanych przez krajowych kuratorów. Sądząc po ulotkach i katalogach, które wpadły nam w Austrii w ręce, wystawy te są na ogół dramatycznym, mniej lub bardziej przypadkowym (a raczej towarzyskim) zbiorem nazwisk i ich nienajlepszych prac, odzwierciedlającym panujące w kraju układy i zastane kliki oraz dawno wyświechtane standardy przygotowania katalogów i prezentacji grupowych. Na tym tle wystawa w Fotohof z udziałem Zofii Kulik, Moniki Mamzeta (d. Zielińska), Katarzyny Górnej, Moniki Wiechowskiej, Tomasza Zerka, Artura Żmijewskiego oraz Rastra wyróżniała się sycącą oczy różnorodnością fotograficznych wizerunków człowieka.
Historia(e)
W tym czasie najciekawszą (oprócz prezentacji w Fotohof oczywiście;-)) wystawą w Salzburgu był pokaz pt. "Geschichte(n)" w Kuenstlerhaus. Ta wystawa, na przykładzie realizacji kilkunastu artystów, w tym wielu z d. Europy Wschodniej (z Polski Cezary Bodzianowski), pokazuje, jak prywatne historie pojedynczych ludzi wplątują się w wielką narrację Historii. Brzmi to niebywale poważnie, ale w ostatecznych rozrachunku całość nie razi nadmiernym patosem. Albańczyk Anri Sala z pomocą uczniów szkoły dla głuchoniemych odtworzył z niemego obrazu wypowiedź swojej matki dla państwowej telewizji w latach 70.; dziś z niedowierzaniem słucha ona własnych słów, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że bezsensowna marksistowska nowomowa faktycznie wyszła z jej ust. Arturas Raila z Litwy poprosił grupę litewskich neofaszystów o skomentowanie nakręconych przez niego impresji z austriackiego Linzu. Pięciu osiłków ożywia się widząc zdjęcia transwestytów, siedząc przed telewizorem wyzywają ich i nawołują do "zrobienia porządku". Z koleji Sanja Ivekovic z Chorwacji pokazała plakaty utrzymane w konwencji współczesnych reklam perfum i kosmetyków - pozujące doń modelki podpisane są jednak imionami i nazwiskami chorwackich aktywistek antyfaszystowskich, straconych w czasie II wojny.
Na drugim biegunie wielkiej Historii sytuuje się zaś historia królowej sztuk ulicznych - Ingeborg, która w latach 70., w duńskim Vorbasse założyła własne muzeum najdziwniejszych przedmiotów i rekwizytów wykonanych i używanych przez ulicznych sztukmistrzów i treserów szczurów. Chociaż muzeum jest już oficjalnie zamknięte, wciąż można zadzwonić do Ingeborg i umówić się na wizytę w jej niezwykłym domu: +45 7533 3373.
[11.11.2002]


Kurator przyszłorocznego biennale weneckiego odwiedził Warszawę (i Galerię Raster!)

KTO DO WENECJI?

Francesco Bonami, włoski kurator mieszkający od kilkunastu lat w Stanach Zjednoczonych odwiedził w ubiegłym tygodniu Warszawę. Wizyta zelektryzowała wąski krąg wtajemniczonych - Bonami jest głównym kuratorem przyszłorocznego biennale w Wenecji, a do Polski przyjechał szukać potencjalnych kandydatów do wystawy głównej biennale.

Biennale rozczłonkowane
W krótkiej rozmowie z redakcją "Rastra" Bonami ujawnił swój plan przemeblowania szacownej instytucji weneckiego biennale. W przyszłym roku, w miejsce jednej wielkiej wystawy głównej (w poprzednich dwóch edycjach biennale ich autorem był Harald Szeemann) odbędzie się 8(!) równorzędnych wystaw przygotowanych niezależnie przez 8 różnych kuratorów. Sam Bonami przygotowuje wystawę gromadzacą ciekawszych artystów młodszej generacji. Hasłem tytułowym 50 edycji biennale będą "Marzenia i konflikty" ("Dreams and Conflicts").
Dwudniowy pobyt w Warszawie poświęcił na wizyty w wybranych instytucjach artystycznych, oglądanie dokumentacji i spotkania z artystami (m.in. Pawłem Althamerem i Julitą Wójcik). Do Polski przyjechał, bo - jak wyznał - już wcześniej nosił się z takim zamiarem, a nie zrobił tego będąc kuratorem jednej z poprzednich edycji Manifesta. W tym roku, na trasie jego przedbiennalowych kuratorskich poszukiwań są jeszcze m.in. Moskwa i Izrael. Czy warszawska wizyta zaowocuje udziałem Polaków w przyszłorocznym biennale (poza naszym własnym pawilonem) jeszcze nie wiadomo - tymczasem Bonami uśmiecha się dyplomatycznie.

Kolejka do pawilonu
Reformatorskie pomysły Bonamiego nie obejmują tradycyjnych pokazów w pawilonach narodowych. Polskie Ministerstwo Kultury tym razem wyjątkowo wcześnie zabrało się za wybór naszego reprezentanta na biennale 2003. Już latem rozpisano konkurs dla kuratorów na projekt ekspozycji w pawilonie polskim. Projekty zostały złożone (podobno jest ich tuzin) i... cisza. Czas oczekiwania na rozstrzygnięcie konkursu się dłuży, a sami zainteresowani nie wiedzą nic o składzie komisji konkursowej, ani kiedy wyłoni ona zwycięzcę. W atmosferze cichej ekscytacji oczekują kuratorzy i artyści - wśród zgłoszonych w tym roku do konkursu są m.in. Paweł Althamer, Anna Baumgart, Zuzanna Janin i Krzysztof Wodiczko. Tegooroczny konkurs jest trzecim z kolei i po raz trzeci pojawia się kandydatura Althamera. Czy za trzecim razem faworyt wreszcie zwycięży? Tym razem nikt nie może być już pewny swego - niepokój budzi osoba nowego ministra Waldemara Dąbrowskiego i jego rozległe kontakty w światku artystycznym od Adama Myjaka po Jerzego Kalinę. Oby minister (który zatwierdza wybór kandydata) okazał się nieczuły na stare przyjaźnie!
[3.11.2002]


Paweł Althamer czeka


Chicken Shop w Galerii Raster! Już od piątku!
JENNY BAINES NA WYNOS

W piątek, 25 października (od godz. 18.00), zapraszamy do Galerii Raster (Warszawa, ul. Marszałkowska 60) na otwarcie wystawy angielskiej artystki Jenny Baines. Tytuł wystawy - "Chicken Shop" - będzie można konsumować sztukę na miejscu, a także wziąć ją "na wynos".

Zapach kebaba
Jenny Baines spędziła dwa miesiące włócząc się po rozległym centrum Londynu (strefy 1 i 2) i fotografując wszystkie napotkane tandetne budki, kioski, chińskie bary, tureckie kebaby i amerykańskie ciastkarnie oferujące żarcie na wynos. Efektem tych wędrówek jest kolekcja 600 zdjęć, a także stworzona przez artystkę kolekcja alternatywnych pamiątek ze stolicy Anglii. Na podstawie zebranej dokumentacji fotograficznej Jenny przygotowuje setki różnych modeli budek do wycinania, sklejania, czy odlewania z gipsu. Odwiedzający wystawę w Galerii Raster będą mogli wybrać swój ulubiony londyński barek "fast-food", a następnie zabrać jego model do składania i w domu zabawić się w małego budowniczego. W przygotowanym przez artystkę zestawie znajdziemy: lateksową formę, gips który ma ją wypełnić, papier do wycinania i sklejania, instrukcję obsługi, a nawet szczelnie zabezpieczony zapach pizzy, kurczaka, czy kebaba. W koncepcji Baines budka z jedzeniem "na wynos" nie tylko staje się atrakcją turystyczną, ale zostaje również sama przerobiona na "zrób to sam" "na wynos" (take away/do it yourself).
Spalony Big-Ben
Jenny Baines (ur. 1974 w Bristolu) - pół Szkotka, pół Angielka - jest absolwentką wydziału sztuk pięknych na Hallam University w Sheffield, obecnie mieszka i pracuje w Londynie.
Jej zainteresowanie efemeryczną, tandetną architekturą "budkową" narodziło się w Warszawie, gdzie artystka przebywała na rocznym stypendium rządu polskiego. Z "Rastrem" współpracowała już w 1999 roku przy wystawie "D.O.M. Polski" w Bydgoszczy, na której pokazała platikową miniaturkę bazaru spod Pałacu Kultury. W Galerii Raster oprócz zestawów "na wynos" i 600 fotografii z londyńskimi budkami znajdzie się również miejsce na inne prace Baines, m. in. dramatyczny obiekt "Electrocution" - ukazujący scenę porażenia miłośnika latawców wysokim napięciem, czy serię spreparowanych, pamiątkowych śnieżnych kul, m.in. ze spalonym londyńskim Big-Benem w środku.
[20.10.2002]



IDEA IDOLEM (IKONA INDY IARHOLA) >>

Po położeniu gruntu na deskę z pławionego i pozbawionego ługu drewna, wyciska się rysunek... na koniec dochodzą kreskowania czarne i białe i cynober na usta i policzki - malarz Marek Sobczyk, wzburzony po obejrzeniu wystawy Andy'ego Warhola i słowackich ikon w warszawskim zuju, opisuje jak powstaje Ikona i dlaczego obrazy Andy'ego Warhola nie są Ikonami... czytaj dalej >>


Ciecierski i Sobczyk w natarciu!

UPARCI MALARZE

W Warszawie trwają wystawy nowych prac dwóch znanych polskich malarzy. Obaj dzielnie i wytrwale zmagają się z materią malarską próbując własną inteligencją przezwyciężyć bezwładność farby. Ale malarstwo okazuje się równie uparte jak malarze i nie ustępuje, w rezultacie wciąż powstają autotematyczne obrazy o malowaniu...
Marek Sobczyk

Rebusy Sobczyka
Wystawa Marka Sobczyka w zniechęcie robi duże wrażenie ilością i konsekwencją nowych obrazów. Sobczyk zdaje się poddawać swoje malarstwo coraz dalej posuniętej dyscyplinie konceptualnej. Jego obrazy to swoiste filozoficzno-przyziemne rebusy. Sobczyk maluje słowa, litery, ludzi (uwaga, piękny akt Zbigniewa Libery!), zwierzęta i przedmioty, nawarstwiając jedne na drugie. Maluje na płótnie i pleksi, a obrazy na wystawie wiesza nie tylko na ścianach, ale również w przestrzeni. Jego emblematyczne malarstwo co krok zadziwia, jest osobne i samotne, obce wszystkiemu innemu co dzieje się dookoła nas w malarstwie, wygląda jak odrębny system wizualny i myślowy, który można zgłębiac korzystając z autorskich komentarzy. A jednocześnie czuć cały czas u Sobczyka szczególne nabożeństwo dla malarstwa i malowania samego w sobie - te nieskrywane ołówkowe szkice, ta błogosławiona tempera jajowa, te pleksiglasowe próby stworzenia obrazu idealnie transparentnego, zawieszonego w powietrzu...

Marek Sobczyk
Zlew Ciecierskiego
Tymczasem Tomasz Ciecierski, którego nowe prace pokazuje Galeria Foksal, siedzi przy zlewie we własnej pracowni i moczy w wodzie unurzane w farbie pędzle. Fotografuje stojącą w zlewie kolorową ciecz, a z tych zdjęć układa wielobarwną mozaikę. Inny monumentalny obraz składa się z kilkudziesięciu stron wyciętych z katalogu z akcesoriami malarskimi, gdzieniegdzie malarz dokleił doń własne, miniaturowe obrazki. Obok wiszą mniejsze formatem abstrakcyjne obrazy składane z kilku blejtramów - niektóre pokryte są farbą, a inne to fotograficzne "reprodukcje" płótna pokrytego farbą. Zabieg jest skuteczny, bo na pierwszy rzut oka trudno się zorientować, że wiszący na ścianie obraz jest tylko częściowo "prawdziwy". Jak puentuje w katalogu wystawy Marek Goździewski: "Ciecierski zadał chyba ostateczne pytanie, paradoksalne: pyta zarówno o to, czy za pomocą przedstawienia można przedstawić przedstawienie (...) jak i o to, czy za pomocą danego medium można przedstawić właśnie to medium?" No właśnie, pytanie za 10 punktów, można czy nie można? A jeśli tak, to po co?
Tomasz Ciecierski
Tomasz Ciecierski
Niezłomni bohaterowie i kryzys, którego nie ma
Malarstwo Sobczyka i Ciecierskiego różni się diametralnie i z różnych źródeł powstało, ale obaj wykazują podobną niezłomność. Ich szacunek dla malarstwa i intelektualna powaga z jaką je traktują może budzić podziw, ale zarazem odnieść można wrażenie, że sami stali się więźniami malarstwa. W czasach oczywistej inflacji wszelkiego typu obrazów obaj starają się uchronić i dowieść wyjątkowości malarstwa i farby. Nie wypada im zaśmiecac płócień byle czym, a zarazem - może już jako jedyni w swoich generacjach - starają się walczyć o nowe wartości artystyczne. Zarazem zachowują się trochę, jak gdyby bronili malarstwa przed młodymi barbarzyńcami, którym malowanie przychodzi z zaskakującą łatwością. Swoimi obrazami próbują dowieść, że malarstwo nie jest proste - jest filozofią (jak u Sobczyka) albo wielką strukturalną pułapką (jak u Ciecierskiego). Sobczyk zużywa więc malarstwo, gmatwając je we własne lingwistyczno-filozoficzne studia, zaś Ciecierski próbuje dalej malować, mimo, że sam zdaje się nie wierzyć, że zostało jeszcze cokolwiek do namalowania. Są to postawy bez wątpienia heroiczne, zmagające się z poczuciem kryzysu, tylko czy jakikolwiek kryzys malarstwa istotnie ma miejsce? Czy ktokolwiek dybie na jego życie? A z drugiej strony - czy faktycznie malarstwo, farba i płótno są jakimś szczególnym stanem materii?
[20.10.2002]
Marek Sobczyk


Instytut Sztuki i Kultury Plastycznej w Zielonej Górze przeznaczony do kasacji?!

UNIWERSYTET LIKWIDUJE SZTUKĘ

Fot. Marcin Łobaczewski - Agencja Gazeta

Istniejący w przy Uniwersytecie Zielonogórskim Instytut Sztuki ma być decyzją Rektora UZ zlikwidowany. Instytut ma w tej chwili 3 kierunki - edukację artystyczną, malarstwo i grafikę. Pracują tu m.in. Izabella Gustowska, Jan Berdyszak, Ryszard Woźniak, Stanisław Kortyka, Leszek Knaflewski, Tomasz Sikorski, Zenon Polus, Paulina Komorowska-Birger, Jacek Dłużewski. Teraz próbują bronić swej placówki.

Fot. Marcin Łobaczewski - Agencja Gazeta Miejsce kulturotwórcze - "zbyt drogie"
Instytut Sztuki i Kultury Plastycznej przy Uniwersytecie Zielonogórskim istnieje juz ponad 10 lat. Pracują w nim zarówno przyjezdni artyści z Warszawy, Poznania, Wrocławia jak i zamieszkali na stałe w Zielonej Górze. To oni współtworzą środowisko artystyczne miasta. Studenci Instytutu są aktywnymi odbiorcami działań artystycznych, coraz częściej także pokazują swoje prace na zewnątrz, tworzą galerie, wnoszą mnóstwo ożywczego fermentu w życie kulturalne miasta średniej wielkości. Niektórzy absolwenci, choć przyjechali z innych miast, zostają tutaj, upatrując w Zielonej Górze miasto znakomite do mieszkania, życia i tworzenia. Trudno przecenić rolę Instytutu jako miejsca istotnie kulturotwórczego. Na początku roku JMRektor Uniwersytetu Zielonogórskiego stwierdził w przemówieniu inauguracyjnym, że kierunki takie jak malarstwo i grafika są "za drogie" i zbyt elitarne. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że rozwiązany ma być Wydział Artystyczny (współtworzony przez Instytut Kultury Muzycznej) a Instytut Sztuki w kadłubowej formie wcielony do Wydziału Inżynierii Lądowej, gdzie resztki kadry miałyby zasilić kierunki projektowania terenów zielonych i architektury wnętrz. Ten absurdalny pomysł ma być wdrażany w zycie już w tym roku.

Chcieli być artystami, będą budowlańcami?
Oczywiste jest zaniepokojenie pracowników, ale jeszcze bardziej niepokój studentów, którzy być może będą musieli ukończyć swe studia jako budowlańcy, choć zaczynali z zamiarem bycia artystami. Na razie publiczne protesty nie robią wrażenia na władzach, rozmowy trwają, a wszystko i tak oprze się o Senat uczelni a potem Ministerstwo Edukacji Narodowej. Można odnieść wrażenie, że ten nieprawdopodobny jeszcze jakiś czas temu pomysł pada na podatny grunt w kraju, gdzie artysta kojarzy się ze skandalistą, gwałcicielem wartości i ogólnie osobą niesprawną umysłowo. No chyba, że maluje widoczki i kwiatki z ułanem. Co do dziewczyny, powinna być raczej ubrana. Technokraci uważają, że sztuka to luksus niepotrzebny zwłaszcza w trudnej sytuacji gospodarczej. Akcentują, że architekci wnętrz są potrzebni, a artyści nie. Uniwersytet, który zmienia image, próbując w najbliższym czasie otworzyć wydział prawa, jest jaskrawym przykładem kryzysu w myśleniu o kulturze, upadku intelektualnego uczelni, z którego nie będzie się łatwo podnieśc.
Robert Mutt
[6.09.2002]

Fot. Marcin Łobaczewski - Agencja Gazeta
Fot. Marcin Łobaczewski - Agencja Gazeta

Obszar rezerwatu obejmuje, ku chwale bożej, cały kraj i wszyscy musieliśmy się doń wprowadzić - felieton Mateusza Kwaterko o terrorze uczuć religijnych

W NIEWOLI UCZUĆ

Mateusz KwaterkoZdawać by się mogło, że w naszym kraju uczucia religijne są silne, niezłomne i trwałe - by posłużyć się wyrażeniem poety - "jak trwa to tylko, co trwać nie powinno". Prawodawcy, czerpiąc, jak to zwykli czynić, z krynicy ludowej mądrości, uznali jednak, że strzeżonego pan Bóg strzeże i lepiej dmuchać na zimne, postanowili tedy otoczyć owe uczucia szczególną opieką (art. 196. kk.). Uczucia większości obywateli - domniemane lub rzeczywiste - zyskały ochronę prawną; odtąd nikt nie może ich już ranić bezkarnie. Niczym wymierające gatunki trafiły do rezerwatu, gdzie brykają sobie w najlepsze, rozpieszczane, kapryśne i drażliwe jak szatan; odznaczają się ostatnio dużą rozrodczością, można wiec przypuszczać, że ich planowana reintrodukcja zakończy się olśniewającym sukcesem; zresztą już teraz obszar rezerwatu obejmuje, ku chwale bożej, cały kraj i wszyscy musieliśmy się doń wprowadzić.
Nawet osoby przeciętnie inteligentne i obdarzone szczątkową wiedzą historyczną mogły przewidzieć, że art. 196 kk. uderzać będzie przede wszystkim w tych pisarzy, artystów, publicystów, którzy, występując publicznie, nie okazują należytego szacunku dla religii i jej spraw, a może nawet nie afiszują się z płomienną miłości dla jej oficjalnych rzeczników; uderzać na ślepo, zgodnie z urzędniczym widzimisię, politycznym zapotrzebowaniem oraz kabotyńskimi fanaberiami.

Żandarmi wolności
Szesnastego września w gdańskim Sądzie Rejonowym odbyła się pierwsza odsłona procesu Doroty Nieznalskiej, artystki oskarżonej właśnie na podstawie art. 196 kk. Rektor ASP, w przypływie neofickiej gorliwości, zamknął już zresztą podległą Akademii galerię Wyspa, która ośmieliła się wystawić prace Nieznalskiej. W tym samym miesiącu liberalna opozycja parlamentarna postanowiła napełnić kabzę Jerzemu Urbanowi, zarzucając mu prowadzenie działań "wymierzonych w ład publiczny, zasady demokratycznego państwa oraz w społeczne zaufanie do nich", prowadzących do "erozji życia demokratycznego w państwie" i "podkopywania zaufania dla wartości, jaką jest wolność słowa w naszym kraju" (najnowsze credo liberałów rodzimego chowu brzmi następująco: "wolność słowa, jeśli nie będzie podtrzymywana przez dwóch żandarmów, stoczy się natychmiast do rynsztoka"). Chodziło o kilka uwag poświęconych Pielgrzymowi Miłości. Wcześniej mieliśmy awantury wokół "Dogmy" i "Księdza", "Więzów Krwi" Kozyry, rzeźby Cattelana, wystawy "Irreligia" - zorganizowanej na obczyźnie, a mimo to zakończonej przymusową dymisją jednego z kuratorów; tragikomiczny przypadek decydentów z wilanowskiego Muzeum Plakatu usiłujących ukryć dwie prace (nagrodzone przez międzynarodowe - rzecz jasna - jury) przed wścibstwem zwiedzających oraz parę innych głośnych, wrzaskliwych i wyjątkowo znaczących skandali.

Nie chować głowy w piasek!
Niestety, kraju, wbrew pozorom, nie trawi żadna obrazoburcza gorączka; stawiani pod pręgierzem zbrodniarze zwykli się chytrze usprawiedliwiać, zapewniając, że nie mieli złych intencji, ba, niektórzy zarzekają się nawet, że działali ze szczytnych pobudek: pragnęli uświęcić to, co uświęcać trzeba. Nie uświadamiają sobie zapewne, że rzecznicy obrażonych uczuć dopóty będą atakować swobodę wypowiedzi, dopóki swoboda wypowiedzi nie porzuci tej tchórzliwej, samobójczej taktyki.
Środowiska twórcze, krytycy, publicyści itd. itp., zazwyczaj tak ochoczo wykorzystujący okazje do publicznego zamanifestowania swojego istnienia, w tym przypadku zachowują - z doprawdy nielicznymi wyjątkami - grobowe milczenie: chowają głowę w piasek i udają, że ich akurat całe to zamieszanie nie dotyczy. Jest to oczywiście postawa haniebna, aczkolwiek niebezpodstawna. Czemu swobody artystycznej lub wolności myśli mieliby bronić ci, którzy nie mają nic wspólnego ze sztuką, z myśleniem, a już zwłaszcza z wolnością?
Dodać jednak należy, że choć we wszystkich epokach wytaczano procesy o obrazę uczuć religijnych czy majestatu, o niemoralność lub pornografię, dziś wspomina się o nich tylko po to, by szydzić z porażającej głupoty oskarżycieli oraz sędziów. Przed trybunałem historii swoboda artystyczna i wolność słowa wygrywają bowiem wszystkie procesy.
Mateusz Kwaterko

[6.09.2002]


Muzeum Plakatu w Wilanowie - 18 Międzynarodowe Biennale Plakatu. Nagrodzone złotymi medalami plakaty Dominiki Różańskiej i Alaina Le Querneca zdjęto pod wpływem protestów z ekspozycji i powieszono w biurze galerii. Więcej na ten temat w archiwum >>


Jad trujący ciągle się sączy z trzewi krakowskich piwnic. Kuriozalny regulamin Festiwalu Plakatu i utyskiwania poety Zagajewskiego z pijarskiej krypty.

KRAKÓW NA STRAŻY WARTOŚCI

Dygnitarze życia artystycznego Krakowa dali znać o sobie. Widocznie zaniepokojeni falą zła przelewającą się przez polską sztukę, postanowili bronić swego prastarego grodu przed zepsuciem i nim bakcyl zarazy dotarł doń, uderzyli w dzwony przyzwoitości: nie będziemy pokazywać sztuki obraźliwej, bo my kochamy "podwójne widzenie przeszłości", a nie "mody przychodzące z Kassel czy Nowego Jorku"!

Leszek Sobocki, Duszno, 1984NIGDY WIĘCEJ OBRAŹLIWYCH PLAKATÓW!
Wydawało się, że usunięcie z ekspozycji Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie dwóch nagrodzonych plakatów, oskarżanych przez część widzów o obrażanie uczuć religijnych, było przejawem wyjątkowej nadgorliwości, tchórzostwa i nieodpowiedzialności pracowników Muzeum Plakatu w Wilanowie (incydent ten opisywaliśmy w jednym z poprzednich wydań "Rastra" >>> kliknij aby przeczytać >>>). Mieliśmy nadzieję, że ten wypadek pozostanie tylko kuriozalnym precedensem, tymczasem okazuje się, że choroba jest poważniejsza i w dodatku roszerza się błyskawicznie. Regulamin 4. Festiwalu Plakatu w Krakowie w punkcie 8 zastrzega iż "Prace obrażające uczucia religijne nie będą eksponowane"[!]. Organizatorem Festiwalu Plakatu jest "Komitet Organizacyjny" działający przy Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tym samym panowie akademicy - widocznie znużeni szkolną rutyną - odważnie wzięli na swoje barki całkowicie nowe zadanie - rozsądzanie co (i kto) obraża uczucia religijne. A może, by ułatwić pracę szanownym jurorom, sami artyści powinni z góry opatrywać swoje prace stosownym dopiskiem: "obraża" lub "nie obraża"?! Organizatorom krakowskiego festiwalu i autorom jego regulaminu życzymy dalszych sukcesów inkwizycyjnych, a wszystkim innym, by nigdy nie musieli brać udziału w takich festiwalach jak ten.

Leszek Sobocki, Polonia, 1982PODWÓJNE WIDZENIE PRZESZŁOŚCI
W Krakowie nie będą pokazywać obraźliwych plakatów. Bo Kraków to miasto na wskroś kulturalne. Tu mieszkają wielcy poeci, a nawet nobliści, i pod Wawel właśnie powracają z emigracji herosi naszej współczesnej literatury, na przykład zasłużony poeta, niegdyś nowofalowy, Adam Zagajewski. Na ten powrót cieszą się nie tylko w całym Krakowie, ale i w redakcji "Gazety Wyborczej", której łamy zawsze szeroko otwarte na lotne myśli wielkich postaci polskiej kultury. Więc Adam Zagajewski, rychło po powrocie chwyta za pióro i pisze poruszający serca artykuł z... krypty kościoła pijarów. Nie przypadkowo, bo tam właśnie wystawiał Leszek Sobocki, niegdyś filar sławnej grupy Wprost (która była odpowiednikiem poetyckiej nowej fali w malarstwie). Obu panów łączy więc - pokoleniowo i ideowo - wiele. Zagajewski użala się więc na łamach "Wyborczej" (25.09.2002), że biedny Sobocki trafił do krypty, mimo, iż zasługuje na znacznie więcej. Zgoda, tu sławny poeta trafnie uderzył w bolesny mankament krakowskiego życia artystycznego, jakim są piwnice. Trudno jednak zrozumieć (który to już raz...) skąd u szanowanych przedstawicieli krajowej literatury takie lekceważenie dla sztuki współczesnej i przekonanie o swojej orientacji w temacie? Pisze sobie bowiem Zagajewski tak: "Oryginalność Sobockiego nie ulega wątpliwości. Jest to artysta, który nie naśladuje "nowych" czy "starych" dzikich, nie powiela, jak to czyni wielu, mód przychodzących z Kassel czy z Nowego Jorku." A w innym miejscu swej rozprawy skarży się, że "postawa krytyczna" jest "tak rzadka w nowoczesnej sztuce". Niestety, ostatnie 10 lat, kiedy polscy krytycy nieustannie zaprzątali swe umysły "sztuką krytyczną", Adam Zagajewski spędził na obczyźnie i niestety - wszystko na to wskazuje - nie było to bynajmniej Kassel, ani nawet Nowy Jork. Może coś przeoczył? To zapewne naturalne, że wracając do kraju, poeta powraca do swych dawnych artystycznych przyjaźni. A może tylko trochę szkoda, że admirator "krytycznego" Sobockiego z lat 60., nie zaprząta sobie ani trochę myśli tym, czy oby w tzw. międzyczasie nie pojawiły się kolejne pokolenia artystów krytycznych. Ale zamiast myśleć o tym czy sztuka się znmienia i dlaczego, poeta woli - a wraz z nim cała "Gazeta Wyborcza" - bezpiecznie schować się w krypcie, by podziwiać "podwójne widzenie przeszłości" Leszka Sobockiego. "To, że się o nim [o Sobockim - przyp. red.] teraz nie mówi, świadczy tylko o jednym - myślenie nie jest w cenie" - konkluduje Zagajewski. Zwłaszcza - dodajmy - myślenie o sztuce nie jest w cenie, bo pisanie owszem owszem - zwłaszcza gdy pisze Zagajewski. A drukuje "Wyborcza".
[29.09.02]

Rząd Polski nie finansuje i odcina się od pracy polskiego artysty Roberta Rumasa, realizowanej w Wiedniu w ramach Roku Polskiego w Austrii. O tym jak Rumas rozbudził demona przeszłości i nastraszył polskich polityków - pisze z Wiednia dla "Rastra" Goschka Gawlik

"ARE YOU THE NAZI"?

Robert RumasProjekt Roberta Rumasa "Plein Air" ("czyste", a dosłownie "pełne powietrze") wygrał konkurs na dzieło sztuki w przestrzeni publicznej, konkretnie - przestrzeni wiedeńskiego Karlsplatz, bardziej wygladającego jak park niż plac, wielkiego, zielonego obszaru, udekorowanego wieloma ważnymi historycznymi instytucjami (kościół, muzea, szkoły, domy sztuki, Secesja) w centrum naddunaskiej metropolii. Do konkursu rozpisanego przez wiedeńską Kunsthalle zaproszono 6 polskich artystów i artystek (m.in. Rafał Bujnowski, Jadwiga Sawicka i Aleksander Janicki). Splątanie sztuki z polityką w zwycięskim projektcie Rumasa sprawiło, że przy jego realizacji ujawniły się w pełni emocjonalne napięcia i posmak "skandalu": ze strony organizatorów, uczestników i inicjatorów - Roku Polskiego w Austrii 2002/2003.

Młody Hitler maluje na Karlsplatzu
"Are you a Nazi?" pyta spacerująca po Karlsplatzu para turystów mlodego malarza przy sztalugach, studenta fotografii z Bulgarii, malujacego właśnie typowy landszafcik z widokiem kościoła św. Karola, od którego plac wziął swoją nazwę. "Ja? Nie..." pada nieśmiało odpowiedź jednego z ośmiu studentów Akademie der bildenden Künste (Akademii Sztuk Pięknych) w Wiedniu zatrudnionych (15 euro za godzinę) przy projekcie Roberta Rumasa. Projekt polskiego artysty przewiduje zamianę Karlsplatzu w idylliczną krainę malarstwa plenerowego. Przez tydzień studenci i studentki przebrani w biale kitle z przypietymi czarnymi wąsikami i niekiedy w perukach, mają za zadanie odtworzyć atmosferę tego historycznego miejsca z czasów, kiedy młody Adolf Hitler starał się dwukrotnie (w 1903 i 1908) - bezskutecznie - o przyjęcie na Akademię Wiedeńską. Wybór projektu Rumasa po długich debatach polsko-austriackiego jury (m.in. Georg Schöllhammer, Anda Rottenberg) został umotywowany jego historycznym aspektem i identifikacją z danym miejscem. Tu prawdopodobnie miała narodzić się i umocnić w młodym Hitlerze wola "oczyszczenia powietrza" z różnych elementów (tekst programowy autora projektu) osłabiających niemiecką "Herrenrasse", o czym pisze niedoszły artysta w "Mein Kampf".
Chociaż zamieszanie i rumor mediów wokół realizacji Rumasa jest duże, nie wszyscy widzą w młodych adeptach sztuki imitujących Hitlera jego widmo, raczej tylko ironiczną parodię w stylu Chaplina. Georg Schöllhammer cieszy się, że artysta z Polski "lekko i ironicznie" przywrócił Austriakom Hitlera sprzed "Hitlera" oraz motyw ich dawnej prywatnej ikonografii.

"Brak pozytywnych efektów promocji"
O największe zamieszanie, jakie zawisło nad "Plein Air" Rumasa i przesunęło go w okolice przez nikogo nie zamierzonego "skandalonu" postarała się strona polska. Instytut Adama Mickiewicza - organizator Roku Polskiego w Austrii, który projekt częściowo sponsorował - wycofał się z jego finansowania, decyzję swoją uzasadniając brakiem "pozytywnych efektów promocji", tak jakby sztukę XXI wieku i jej recepcję można było całkowicie zaprogramować [przy okazji zdegradowano koordynatorkę Roku Polskiego w Austrii, Agnieszkę Dzieduszycką - przyp. red.]. Gerald Matt, dyrektor Kunsthalle i Project Space na Karlsplatzu postanowił jednak doprowadzić pracę Rumasa do końca i przejął jej całe koszty. Pełną dezaprobatę i rozczarowanie dla projektu artysty polskiego i tym samym pracy Jury wyraziła także na konferecji prasowej Roku Polskiego w Leopold Museum (i później ponownie w mediach) Ambasador Polski w Wiedniu Pani Irena Lipowicz, sugerujac przesunięcie "takich" projeków "na później", konkretnych terminów jednak nie proponując. Może chodzi o przeunięcie ich na czas kiedy Polska będzie już w Unii Europejskiej? Na pytanie zadane autorowi skąd czerpał materiały do swojego projektu, Robert Rumas odpowiedział, że posługiwał się przede wszystkim internetem. Na stronach elektronicznych różnych grup neonazistowskich, także polskich, odnalazł w sumie 150 akwareli Adolfa Hitlera oferowanych do sprzedaży. Prawdopodobnie więc i w kraju nad Wisłą istnieje zapotrzebowanie w tym kierunku, ale temu publicznie nikt się nie sprzeciwia. Widocznie "wolność sztuki" w Polsce nic nie ma wspólnego z wolnym rynkiem, a prezentacja sztuki jest odczuwana ciągle jeszcze wyłącznie w kategoriach (politycznej) reprezentacji.

Narkomani na scenę
Dopełnieniem projektu mają być także projekcje wideo - między innymi transmisje z przejścia podziemnego przejścia na Karlsplatzu, który znany jest również jako miejsce spotkań miejscowej sceny narkomanów. Na razie projekcji jeszcze nie było, ale być może jeszcze będą. Części obrazowej projektu "Plein Air" w jego fazie końcowej towarzyszyła część teroretyczna ­ trzydniowe panelowe sympozjum (20-22.09) pod tytułem "Der öffentliche Raum ­ eine Bühne der Kulturen" (Przestrzeń publiczna ­ Scena kultury). W pomieszczeniach "Project Space" na Karlsplatzu mają być także zaprezentowane wszystkie zgłoszone na konkurs projekty polskich artystów oraz składający się z powstałych w plenerze obrazów zwycięski projekt Roberta Rumasa.
Wiecej o sympozjum: http://www.kunsthalle.at
Goschka Gawlik
[22.09.2002]



No i doczekaliśmy się. Rozpoczął się pierwszy w Polsce proces przeciwko artyście o to, że jego sztuka jest obraźliwa! Specjalnie dla "Rastra" Aneta Szyłak relacjonuje z Gdańska przebieg pierwszej rozprawy przeciwko Dorocie Nieznalskiej.

NIEZNALSKA
PRZED SĄDEM:
JESTEM
NIEWI
NNA!

16 września 2002 roku, Sąd Rejonowy w Gdańsku. Srogi sędzia trzymający emocje sali na wodzy, dwóch leciwych, przysypiających ławników, kłębowisko dziennikarzy, kabli, kamer i mikrofonów, polska flaga i partyjne symbole Ligi Polskich Rodzin, a pośród tego, na wypiętrzonej ławie oskarżonych siedziała (a częściej stała) Dorota Nieznalska, pierwsza artystka w Polsce, oskarżona z artykułu 196 kk. o obrazę uczuć religijnych.

Pod pręgierzem
Wysoko umieszczona ława oskarżonych powoduje, że nawet najmniejsze drgnienie twarzy ani rumieniec nie umkną kamerom i publiczności. "Nazwisko?", "Miejsce zamieszkania?", "Data i miejsce urodzenia?" "Zatrudniona?", "Karana?". Kara pręgierza już została wymierzona. Ostatnio nawet niektórzy dotychczasowi przeciwnicy artystki i jej pracy zamarli ze zgrozy, uświadamiając sobie konsekwencje swoich moralistycznych pohukiwań. A było tych pohukiwań, mniej więcej od 1993 roku, wiele i to w wiodących gazetach i periodykach kulturalnych. To niestety konserwatywna krytyka wypuściła diabła z pudełka przykładając ni stąd ni zowąd kategorie moralności do dzieł artystycznych, zapominając o rzetelnym pisaniu o sztuce. Do ataku zatrąbiono nie wczoraj w kruchcie tylko wiele lat temu w zaciszu gabinetów polskich intelektualistów. Teraz tylko zbieramy tego żniwa, a żniwiarzami są polityczni manipulatorzy, bojówkarze i populiści. Niech nikt mi nie wmawia, że dziś jest to spór o "Pasję" lub o granice sztuki. Spór jest o to, jaka jest Polska i co wolno a czego nie wolno jej obywatelom.

Flaga na wędce
Przy okazji rozpoczęcia procesu Doroty, który sam w sobie mało jest zabawny, miało miejsce parę zabawnych wydarzeń. Jeden z przeciwników artystki przybył na salę sądową z flagą narodową umieszczoną na wędce teleskopowej, którą dumnie powiewał. Zapytany przez dziennikarza wyznał, że nie widzi różnicy pomiędzy kijem a wędką, zwłaszcza że kij też może zostać użyty do łowienia ryb. Gdy dziennikarz oznajmił, że flaga na wędce uraziła jego uczucia patriotyczne usłyszał w odpowiedzi: "pan chyba naprawdę jest niepoważny".
W kuluarowych rozmowach dominował temat "Co by było gdyby Nieznalska umieściła penisa na Gwieździe Dawida", co jest ulubionym argumentem przeciwników artystki. Argument, że Dorota zrobiła pracę o swojej własnej kulturze, że jest to działanie wewnątrz swojego paradygmatu zdaje się nie docierać. Tak jakby była obcym ciałem, "Inną" bez praw interpretowania własnej tradycji.
Obecni w Sądzie przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej i Ligi Polskich Rodzin (pewnie umiejętnie poinstruowani) powstrzymali się od zachowań agresywnych, ograniczając się jedynie do prezentowania swoich symboli zawsze, gdy zwracało się na nich oko kamery. Świadomość medialna w narodzie wzrasta a performance dokamerowy ma coraz więcej zwolenników.

Prawica dofinansowała
Na pierwszej rozprawie wrzucono kamyczek do ogródka rządzącej w Gdańsku prawicy, tak już zasłużonej w eksterminacji sztuki w Gdańsku. Obrońca oskarżonej mecenas dr Wojciech Cieślak dołączył do materiałów dowodowych umowę z miastem Gdańskiem, podpisaną przez wiceprezydenta Adama Landowskiego, przyznającą artystce środki na realizację "Pasji". Nieznalska rok wcześniej otrzymała także Nagrodę Prezydenta Gdańska dla Młodych Twórców i Naukowców przyznaną przez prezydenta Pawła Adamowicza. Przypomnienie tego faktu wzbudziło wyraźne poruszenie wśród licznie przybyłych "obrażonych" pracą Nieznalskiej. Już następnego dnia dyrektor biura prezydenta dementował w prasie lokalnej: "Gdyby taki opis do nas trafił, żaden z urzędników nie dałby złotówki na taką "sztukę"". Rozumiem, że od tej pory Urząd Miasta w Gdańsku powoła urząd cenzorski, który będzie dopuszczał dzieła słuszne i odrzucał niesłuszne.

Komu kara?
Proces toczący się w Gdańsku jest procesem karnym. Nieznalskiej grożą 2 lata więzienia i to, że już do końca życia na pytanie "Karana?" będzie musiała odpowiadać "tak". Tymczasem pamiętajmy, że kara została już wymierzona. Zamknięto galerię, która ją wystawiała i promowała. Karę tę poniosła zarówno artystka, jak prowadzący galerię. Akademia, którą ukończyła zastosowała wobec niej ostracyzm. Nikłe są szanse, że Nieznalska dostanie w Gdańsku, a może i w kraju, jakiekolwiek stypendium. Jej kariera artystyczna jest zagrożona, bo kto będzie chciał ją wystawić i ponieść tym samym ryzyko kłopotów politycznych? A jeżeli zostanie uznana za winną i skazana? Czy tylko ona poniesie karę? Czy może będzie dotyczyło to nas wszystkich?
Pamiętam moją francuską przyjaciółkę, w chwili, gdy ultra prawicowy populista Le Pen przeszedł do II tury wyborów. Catherine płakała, bo oto kończył się mit Francji, symbolu swobód, demokracji i wolności. Płakała ze wstydu. Mniej więcej od 1999 roku mamy do czynienia z powolnym, ale nieuchronnym upadkiem mitu Polski - kraju który zapoczątkował upadek komunizmu i wraz z Gdańskiem stał się symbolem nowego demokratycznego porządku w tej części Europy. Populizm, nacjonalizm, republika kolesiów i korupcja załatwiły ten wizerunek - niegdyś najlepszą markę handlową w okolicy. Oby sprawa Nieznalskiej nie zamieniła nas na długo w represyjne państwo wyznaniowe. Obyśmy wkrótce nie płakali ze wstydu.
Artystka nie przyznała się do winy. Oświadczyła, że nie było jej intencją obraza niczyich uczuć. Następna rozprawa odbędzie się 18 listopada.
Aneta Szyłak
[22.09.2002]




raster home